Rozdział 18

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Jego ręce zacisnęły się na szyi elfki, na jej białej skórze. Szarpała się, walczyła, ale był silniejszy.

– Przestań skurwysynu! Co robisz!

Ocknął się z poczuciem zagrożenia. Dookoła byli wrogowie, przeciwnicy, wiedział to. Musiał ich zmiażdżyć, zabić, zniszczyć. Ogarnął go gniew, wściekłość przyszła jak fala, nie zostawiająca nic po sobie. Przez chwilę nie pamiętał kim jest, jego świadomość zamarła w pustce, w nicości. Był tylko gniew, wściekłość nie do opanowania. I wtedy nagle trybiki jego umysłu wskoczyły na właściwe miejsce. Pamiętał twarz swojego ojca i małą mieścinę, gdzie się wychował. Zalew wspomnień dotarł do jego umysłu. Puścił elfkę i w tej samej chwili cios w głowę na moment go zamroczył. Elfka wyrwała się z jego uścisku i zerwała się na równe nogi.

– Oszalałeś sukinsynu? – krzyczała.

Steele rozmasowywała sobie szyję. Mężczyzna, którego znalazły nieprzytomnego w burdelu, gdy tylko otworzył oczy rzucił się na nią. Teraz strażnicy trzymali go na odległość mieczy. Klęczał, rozglądał się dookoła zdezorientowany. Był półnagi, dookoła leżał jego ekwipunek, zbroja i broń. Wielki, umięśniony facet, włosy miał ogolone niemal do gołej skóry, policzki pokrywał mu kilkudniowy zarost.

Chwilę trwało zanim się ocknął. Właścicielka burdelu, – „Pani Nin”, tak zwracali się do niej podwładni i jej ludzie przeszukali pokój.

Znaleźli nieprzytomną dziwkę, niemal dziecko, o nalanej, pulchnej twarzy. Leżała zamknięta w szafie, prawie naga. Gdy udało im się ją docucić toczyła dookoła błędnym, rozkojarzonym wzrokiem. Nie, nie pamięta co się stało. Miała umówionego klienta, tutaj, w pokoju i nie wie co było dalej. Na koniec zwymiotowała.

Znaleźli coś jeszcze. Ludzką głowę. Leżała obok łóżka.

Należała do młodego chłopaka. Miał grubo ciosane, ale sympatyczne rysy twarzy. Za grzywą kręconych, jasnych włosów pewnie kiedyś oglądały się dziewczyny. Ale ktoś oddzielił ją sprawnie od ciała, szyja kończyła się krwawym kołnierzem porozrywanych mięśni i ciała.

Wybuchło piekło, szefowa krzyczała na strażników, że jak to możliwe, że ktoś usypia jej dziwkę i zostawia odcięta głowę. Sprowadzono goryli, którzy pilnowali drzwi. Pamiętali nieprzytomnego mężczyznę na podłodze. To klient, wchodził jakieś pół godziny temu. To wszystko, co udało im się wyjaśnić.

Steele nachyliła się nad nieprzytomnym mężczyzną. Nagle otworzył oczy, ale zanim zdołała cokolwiek powiedzieć złapał ją za gardło. Dopiero cios wymierzony przez Imoen ostudził jego emocje.

– Kim do cholery jesteś? – wybuchnęła elfka, patrząc na nieznajomego. Trzymała się na bezpieczna odległość, za mieczami strażników. Starała się złapać oddech. W pamięci wciąż brzmiały jej słowa kobiety. Uratuj go, tylko ty możesz.

– Jon, syn płatnerza.- wciąż rozglądał się dookoła nieprzytomnym wzrokiem. – Z Asbravn.

– Co tu robisz? – pani Nin stanęła naprzeciwko mężczyzny. Chronił ją las mieczy jej ludzi.

– To burdel, tak? – zapytał. – To jasne, co tu robię.

– Znałeś go? – drobne dłonie pani Nin wynurzyły się zza jej pleców. Trzymała głowę chłopaka za bujne kędziory.

– Nie. – zatrzymał wzrok na martwej twarzy chłopaka. – Nie znałem go.

– Przychodzisz tu… do „Cynamonowej Dziewczyny”… – zaczęła szefowa burdelu. – Jej drobne ramiona drżały, ale twarz była opanowana. – i nagle znajduję ciebie nieprzytomnego, moją kurwę uśpioną w szafie i odciętą głowę ? Możesz mi wyjaśnić co tu się stało?

Nie wiedział. Jedyne co pamiętał, to, że przyszedł tu, zamówił pokój, dziwkę, tego dzieciaka o pyzatej twarzy. Dalej w jego pamięci następowała czarna dziura. W pamięci dziewczyny też.

Wzrok pani Nin stężał. Odprawiła kurwę. Wysłała strażników, by pozbyli się głowy. Teraz wpatrywała się w Jona.

– Więc nie wiesz co zaszło? – ciągnęła przesłuchanie. – Czemu oboje straciliście przytomność, a w pokoju była głowa tego chłopaka?

– Powiedziałem już do cholery, nie pamiętam. – warknął.

– Czemu mnie zaatakowałeś? – do rozmowy włączyła się Steele.

– Pamiętałem… pamiętałem, że z kimś walczyłem. Ciebie zobaczyłem, jak tylko się ocknąłem. Myślałem, że chcesz mnie zabić.

Stali w niewielkiej izdebce. Wyglądała na gabinet szefowej, na komodzie i stole leżały zwoje pergaminu, butelki z inkaustem i pióra. W równym rządku ustawiono drewniane liczydła. Byli tam wszyscy. Steele i to, co zostało z jej drużyny, Pani Nin i jej pomagierzy. I Jon. Napięcie gęstniało. Pytania, podejrzenia, domysły, na które nie było odpowiedzi. Głos Steele. przerwał ten pęczniejący balon emocji.

– Pani… – pociągnęła szefową burdelu z a ramię. – możemy porozmawiać? Na… osobności.

Ich spojrzenia na sekundę się skrzyżowały, ochroniarze burdelu złapali za miecze. Jon przysunął się plecami do ściany.

– Dobrze… – dziewczynka zmierzyła elfkę wzrokiem. – Porozmawiajmy. Steele wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Imoen i Viconią. Wszystko w w porządku. Wiem co robię.

Stuknęły zamykane drzwi, Steele i pani Nin wyszły na korytarz. Burdel wrócił do życia, tętnił odgłosem śmiechów, jęków i dźwięku wydawanych pieniędzy. Potrącali ich klienci i prostytutki o twarzach, na których była wypisana obietnica i spojrzeniach, które liczyły pieniądze.

– Pani wypuść go. Zabierzemy go… ze sobą. – elfka spojrzała właścicielce burdelu w oczy. Twarz pani Nin pozostawała bez wyrazu. Jak takie dziecko mogło kierować zamtuzem? Chociaż, pewnie we Wrotach zdarzały się dziwniejsze rzeczy.

– Czemu chcesz go zabrać? Mało cię nie udusił. – dziewczynka splotła ramiona. Zza ściany było słychać jęki kurew, ale to zdawało się w ogóle jej nie peszyć. Któraś z pracownic zamtuza krzyczała wniebogłosy, jakby to, co się z nią działo sprawiało jej ból, a nie przyjemność.

– Moja… drużyna się rozpadła. – ciągnęła elfka. Ciężko było się skupić pośród westchnień i jęków. – Dwóch moich ludzi złapali strażnicy miejscy, dwoje innych uciekło. Przyda mi się wojownik.

– Znasz go? – głos dziewczynki ociekał podejrzliwością.

– Nie. Powiedziałam już. Widzę go pierwszy raz w życiu. – odparła Steele.

– A ta kobieta, ta która zniknęła… znałaś ją? – elfka czuła, że szefowa burdelu nie ma do niej nawet odrobiny zaufania.

– Nie.

– Powiedziała coś … zanim zniknęła? – dociekała dziewczynka.

– Nic nie powiedziała.

Wróciły do pokoju. Atmosfera nadal była napięta. Steele złożyła propozycję Jonowi. Czy chce wyruszyć z nimi? W drużynie przyda się silny mężczyzna. Nie zgodził się.

– Wybacz. – uciął. – Mam swoje sprawy. Nie dał się przekonać.

Wychodzili z burdelu, tłoczyli się wszyscy na wąskich schodach. Zderzali się z falą klientów. Viconia sklęła kilku, którzy podejrzewali ją o bycie egzotyczną atrakcję przybytku. Na twarzy pani Nin malował się przypływ ulgi, że pozbywa się nieproszonych gości. Nie zatrzymywała ich. Odprowadzali ich strażnicy. Widać było, że nie mogą się doczekać, kiedy niechciani przybysze opuszczą mury zamtuza.

Czemu chciałaś, żeby on z nami został?- zapytała szeptem Imoen. Mierzyła wzrokiem potężną sylwetkę mężczyzny. Ubrał się, był w pełnym rynsztunku. Na plecach nosił ogromny, dwuręczny miecz, tors opinał mu napierśnik. Porządna robota, płatnerz musiał znać się na rzeczy.

– Później ci powiem. – wyszeptała Steele. Nie udało się. Nie zgodził się. O co chodziło tej kobiecie? Czemu powiedziała, że tylko Steele może uratować wojownika? Kim on naprawdę jest? Nie wygląda na syna płatnerza.

Jon otworzył drzwi. Zasłonił je całą swoją imponująca postacią. Uderzył ich gwar miasta, jego dźwięki i zapachy. Na zewnątrz zapadał wieczór. Przytłumione światło, natarczywa woń kadzideł i olejków, śmiechy i jęki prostytutek sprawiały, że będąc w „Cynamonowej Dziewczynie” człowiek tracił poczucie czasu. Wyszli na ulicę. Ogarnął ich sznur ludzi. Masa przechodniów, rzemieślnicy i kupcy o twarzach, na których wyryła się praca i pogoń za pieniądzem. Kilku wyglądało na awanturników, czy najemników, wyróżniali się w tłumie, jak barwne, egzotyczne ptaki. Gdyby nie imponująca postura Jon z miejsca zniknąłby wśród ludzi.

– Uważaj! – zamaskowany mężczyzna, jak cień znalazł się za Jonem. Ciął sztyletem. Prosto w plecy olbrzyma. Steele była szybsza. Jej noże utkwiły w piersi zamachowca. Jon złapał go w uścisk, ale ranny osuwał się już na bruk, brocząc krwią.

– Co jest do cholery? – wybuchnęła Viconia. Spojrzała na syna płatnerza. – Czy ciebie chcą zabić najczęściej w całym mieście?

Nagle w ich kierunku poleciały grad strzał. Nie widzieli przeciwników, kryli się gdzieś w tłumie, czy w zabudowaniach. Steele dopadła do drzwi burdelu.

– Otwierajcie! – krzyknęła.

– Otwórzcie! – łomotała w deski Imoen.

Sekundy dłużyły się jak wieczność. Nagle drzwi otworzyły się. Zniknęli w środku. Z powrotem w „ Cynamonowej Dziewczynie”.

Reklamy

Rozdział 17

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Rozległ się huk,trzask i nagle drzwi wyłamały się pod naporem uderzenia. Wypadł przez nie mężczyzna. Po chwili przez rozbite podwoje wyczołgał się następny. Dotarł do schodów i tam został, zagradzając je, jak nikomu nie potrzeby balast. Zza tych kilku desek, które zostały z drzwi dobiegły odgłosy walki, krzyki, strzępy inwokacji, szczęk broni. Wybuch, który zniszczył resztę drzwi i wyrzucił trzeciego mężczyznę wprost na korytarz odsłonił to, co znajdowało się za nimi. Kobiece sylwetki, elfki i dziewczynę. Dwie z nich wciąż wyciągały dłonie, po rzuceniu zaklęcia, trzecia dzierżyła w dłoni krótki miecz. Ciemnowłosa elfka dała towarzyszkom sygnał.

– Znikamy stąd!

Zbiegły po schodach, usiłując dostać się do wyjścia. W burdelu zapanował chaos. Półnagie dziewczęta, wystraszone hałasem wybiegały ze swoich pokoi, zderzały się z klientami. Przerażeni mężczyźni bez spodni porzucali kobiety, które udawały, że to, co robią, sprawia im przyjemność. Wrota może i były metropolią, ale ten burdel nie był szczególnie wielki, czy luksusowy, ot podrzędne miejsce gdzie niezbyt zamożni mężczyźni przychodzili zaznać kilku chwil przyjemności. Dziewczyny o przeciętnej urodzie, w przeciętnych szatach, lub bez ubrań, ciasny wąski korytarz, prowadzący na górę, dwaj grubiańscy ochroniarze pilnujący wejścia i niemiła dama na recepcji. Nic, co mogłoby się równać choćby z Przybytkiem Zaspokajania żądz Intelektualnych w Sigil.

Haer’dalis widział to wszystko.

Pobiegł z resztą strażników na górę, gdzie przed chwilą toczyła się walka. Złapali dziewczyny na półpiętrze. Stanęły plecami do siebie, każda z bronią w ręku. Haer’dalis nie znał ich twarzy. Krzyczały, żeby je wypuścić, żeby dać im przejść, ale Haer’dalis i jego ludzie mieli rozkazy. Wyciągało się już wiele rąk gotowych zagarnąć dla siebie burdel, czy ściągać haracze, liczne gildie złodziei i rzezimieszków, czy zwykłe gangi. Strażnicy mieli chronić to miejsce. W kierunku intruzów skierowały się miecze i piki, ale gdy pierwszy ze zbrojnych skończył z nożem w barku wszyscy się cofnęli. Haer’dalis zaatakował. Zwarł miecz z ciemnowłosą elfką. Rozpoczął swój taniec. Taniec szermierza, błyskały ostrza, szczękały zwierające się o siebie klingi. Tańczył tak wiele razy w tej sferze i innych. Zazwyczaj przeciwnicy kończyli z rozplatanymi brzuchami i wywleczonymi wnętrznościami. Ale dziewczyna stanęła pola, była równie szybka i zwinna jak on. Cios za cios, blok za blok. Nagle spóźniła się o sekundę. Miecz Haer’dalisa był na najlepszej drodze, żeby odłączyć jej głowę od tułowia. I wtedy znalazł się w ogniu magicznych pocisków, uderzały w niego raz za razem. Upadł na kolana, broń wypadła mu z reki. Na koniec dosięgnął go promień energii, wysysający z niego wszystkie siły. Zobaczył dziewczynę o płomiennych włosach, jedną z trzech osaczonych, to ona rzuciła na niego zaklęcia. Nad nim stała ciemnowłosa elfka, z którą stoczył pojedynek. Wzniosła miecz. Chciał się podnieść, walczyć, ale siły go opuściły. Przed oczami stanęły mu wszystkie miejsca, które widział, wszystkie kobiety, które zapadły mu w pamięć, a ostatnia była twarz dziewczyny o płomiennych włosach.

– Przestańcie! – zza pleców strażników wyszła niska, drobna sylwetka. Kobieta, a właściwie dziewczynka. Wyglądała najwyżej na piętnaście lat. Miała na sobie skromną suknię, ciemne włosy upięte w kok. Patrzyła na strażników surowym wzrokiem. Przeniosła spojrzenie na Steele, Imoen i Viconię. – Kim jesteście, co tu się dzieje!

– Rzucili się na nas! – Imoen wskazała na strażników. – Prosiłyśmy, żeby dali nam przejść, żeby nas przepuścili! Wcześniej jacyś idioci wzięli nas za dziwki! Gdzie my jesteśmy?

– Masz mnie za idiotkę? – spytała nieznajoma. – Prowadzą tu tylko jedne drzwi, nie wiecie gdzie weszłyście? – w jej głosie pobrzmiewała mieszanina niedowierzania i ironii.

– Pani… – zaczęła Steele. – … przeniesiono nas tutaj. Nie wiemy co to za miejsce. – spojrzała na strażników, podnoszących ze schodów mężczyznę, z którym walczyła, a którego pokonały czary Imoen. – Nie wiemy gdzie jesteśmy…

Dziewczyna wpatrywała się w nie z niedowierzaniem.

– W „Cynamonowej Dziewczynie”. W burdelu.

Teleportowały się. Viconia przekręciła pierścionek na palcu i nagle znalazły się tutaj. W dusznym, ciasnym pokoju, z trzema obcymi mężczyznami. Mężczyźni byli pewni, że są ich atrakcją na ten wieczór, magicznie sprowadzoną. Nie pomogły tłumaczenia, przekonywania. Pomogło dopiero kilka solidnych kopniaków i rzuconych czarów. Musieli być najemnikami, uzbrojeni po zęby i znający zaklęcia. A potem dopadli do nich strażnicy, każdy chętny, żeby wypruć im flaki. Dopiero ta drobna dziewczynka ich powstrzymała. Jak się okazało była właścicielką burdelu.

Nie wiedziały, czy kupiła ich wyjaśnienia. Strażnicy przyglądali się im podejrzliwie. Przekonywały, tłumaczyły. Nie, nie nasłali nas bandyci, nie, nie jesteśmy od konkurencji. Wyjdziemy, zapłacimy za szkody i zapomnimy o sprawie. W końcu zgodziła się je puścić. Steele nie mogła przestać myśleć, że Kivan i Renlav zostali za murami. Pewnie czeka ich więzienie. Miała nadzieję, że złodziej potrafi uruchomić swoje kontakty, żeby się stamtąd wydostać. Ale myśl o Kivanie zamkniętym w ciasnej celi dręczyła ją przez cały czas. Zresztą, czy Renlav w ogóle zadba o to, żeby pomóc elfowi? AShar- Teel i Kagein? Czy przedarli się do miasta, czy im się udało, czy może są już skuci i związani w celi? Albo martwi, zadźgani przez strażników?

Zmierzali do wyjścia. Dziewczyna zgodziła się zapomnieć o sprawie w zamian za mieszek monet. Mężczyzn, których poturbowały na początku, dyskretnie usunięto z lokalu. Steele, ani Imoen nigdy wcześniej nie widziały takiego miejsca. Całość robiła o wiele mniej oszałamiające wrażenia, niż domy publiczne opisywane w awanturniczych romansach. Dziewczęta o pospolitej urodzie, na ścianach tanie reprodukcje obrazów, wytarte dywany, ciasne korytarze. Klienci to przeważnie stateczni panowie z brzuszkiem, okłamujący żonę, że wychodzą do kolegi na partię kart, albo niedorostki, którzy nigdy w życiu nie byli z kobietą. Ale „Cynamonowa Dziewczyna” musiała cieszyć się powodzeniem. Tych podtatusiałych panów i młodzików przyszło tu wielu.

– Idźcie stąd i zejdźcie mi z oczu. – rzuciła właścicielka, otwierając przed nimi solidne drzwi. Za nimi rozbrzmiewał gwar ulicy.

– Oczywiście pani, już nas nie ma. – Steele rozpływała się w uprzejmościach.

– W Menzoberanzan domy rozkoszy mają po kilka pięter i można w nich wybierać młodych samców, którzy zrobią wszystko, co każesz. – sarknęła Viconia, kolejny raz porównując Podmrok z życiem na Powierzchni.

Nagle powietrze rozdarł przeraźliwy krzyk, dochodzący z wnętrza budynku. Drobna dziewczyna i strażnicy rzucili się w tamtą stronę. Steele skinęła na swoje towarzyszki, pobiegły razem z nimi. Krzyk dochodził zza drzwi jednego z pokoi. Klucz, którym szefowa burdelu usiłowała otworzyć drzwi utkwił w zamku, szarpała nim nerwowo, ale nie pozwalał się ruszyć nawet na milimetr.

– Daj mi to. – odepchnęła ją elfka. Dzieciństwo w Candlekeep, gdzie jedyną rozrywka poza wyścigami na korytarzach było otwieranie dla zabawy najbardziej skomplikowanych zamków, nie poszło na marne. Mechanizm ustąpił pod naporem jej zestawu wytrychów Za drzwiami panowała cisza. Spojrzały po sobie z towarzyszkami. Uchyliła drzwi.

Pokój nosił ślady walki. Na podłodze, twarzą do ziemi leżał mężczyzna. Na środku pomieszczenia stała kobieta w średnim wieku, drobna, niepozorna. Skrzyżowała spojrzenie ze wzrokiem Steele. W oczach kobiety pojawił się błysk.

– Uratuj go, tylko ty możesz. – wyszeptała. Wzniosła ręce, wypowiedziała kilka słów. Elfka złapała za broń. Sylwetka kobiety zaczęła rozpływać się w powietrzu. I zniknęła.

Rozdzial 16

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , ,

Kopniak posłał Tranziga na brudną i cuchnącą słomę. Mężczyzna, zatoczył się i upadł na podłogę. Drzwi zamknęły się trzaskiem. W maleńkim zakratowanym okienku zniknęła zarośnięta twarz strażnika. Słychać było jego kroki, dudniące w pustym korytarzu, oddalające się. Od świata na zewnątrz odgradzały Tranziga kamienne ściany i metalowe rygle. Nie zakuli go w kajdany, nie związali mu rąk. Rzucił się do drzwi i zaczął bić pięściami w zardzewiały metal.

Wypuśćcie mnie! Jestem niewinny! Wypuśćcie mnie! – jego krzyk odbił się od kamiennych ścian celi, maleńkiego, brudnego pomieszczenia. Na podłodze rozsypano garść słomy, w kącie stała drewniana prycza i kubeł na nieczystości, z którego buchał fetor.

– Zamknij się. – chłodny, opanowany głos Renlava przerwał histeryczny krzyk Tranziga. Złodziej opierał się o ścianę, pocierał dłonią nieogolony podbródek.

– Zabiją nas! – wrzask Tranziga przeszedł w skrzeczący falset. – Powieszą nas na rynku!

To było niesprawiedliwe, tak cholernie niesprawiedliwe. Prawie się udało. Tazok był martwy, już mu nie zagrażał. Tranzig chciał tylko dotrzeć do Wrót, a stamtąd wrócić do Beregostu. Do Maen. Oczywiście jeśli tutaj nie spotka równie pięknej i chętnej dziewczyny. Chciał wrócić, może otworzyć jakiś mały interes, kupować Maen błyskotki, cieszyć się jej ciałem. A wszystko się tak spierdoliło. Wszystko przez tego skurwysyna, Aidena.

Steele nie przespała kolejnej nocy. Czuwała przy ognisku, wpatrując się w płomienie, objęła rękoma kolana. Nikomu z drużyny nie powiedziała o tym, co się stało. Renlav został z Aidenem w namiocie. Przez obóz przeszli razem, we trójkę jakby nic się nie stało. Porucznik w ciemności, z dala od spojrzeń żołnierzy przysięgał, że nie wie nic więcej o liście, o zleceniodawcy. Błagał, zaklinał, że to się nie powtórzy, że skusiły go pieniądze. Udało jej się zamienić kilka słów z Renlavem, na osobności, zanim wszedł do namiotu.

– Skończmy z nim. – wyszeptała złodziejowi pośpiesznie do ucha. Trzeba będzie stanąć przeciwko żołnierzom Aidena, przeciwko temu dzieciakowi, który nakrył ja z Renlavem. Trudno, dziś sprzymierzeniec, jutro wróg.

– Nie. Wrócimy do Wrót razem. Nająłem się u Entara, ma mi zapłacić. Jeśli wrócimy… bez jego żołnierzy i porucznika, nic nie dostanę. – odparł.

– To aż tak ważne? – syknęła patrząc mu w oczy.

– Pieniądze są ważne skarbie. – uśmiechnął się. – Wytłumaczę… Aidenowi, żeby postępował rozsądnie. Przesłuchasz więźniów. Zobaczymy, może nasz porucznik jest jeszcze bardziej umoczony. Śpij dobrze.

Tranzig chodził po celi jak zwierzę w klatce. Co jakiś czas przystawał i uderzał pięściami w ścianę. Renlav przyglądał się mu obojętnie.

– Jestem niewinny, do cholery, niewinny! Ten sukinsyn Aiden kłamał! – wybuchnął mężczyzna. – Ktoś musi to sprawdzić! Nie robiłem nic złego, skupowałem żelazo, nie robiłem nic złego. – jego głos znowu przybrał histeryczny ton.

– Powiedziałem już zamknij się. – powtórzył złodziej.

– Zgnijemy tu. – Tranzig coraz bardziej się nakręcał podczas tej tyrady. Ręce mu drżały, pot spływał po czole.

– Ucisz się. – skrzyżowane ramiona Renlava, jego obojętny wyraz twarzy kontrastowały z wyglądem i zachowaniem współtowarzysza niedoli. – Nie zamierzam tu zgnić.

Tranzig zamilkł z otwartymi ustami, jakby ta riposta cofnęła mu do gardła słowa, których nie zdążył wypowiedzieć. Przetarł twarz dłonią. Jego niegdyś kosztowną szatę pokrywał brud i kurz. Włosy, które zazwyczaj starannie zaczesywał, by ukryć łysinę tkwiły żałosnymi pasmami na czaszce. Renlava ogarnęło coś na kształt mieszaniny obrzydzenia i litości.

Steele nie mogła zasnąć. Patrzyła na śpiące twarze. Kivan, Imoen, Viconia, Shar-Teel. Kagein czuwał razem z nią na warcie. Nie mogła im powiedzieć, co się wydarzyło. Imoen rzuciłaby się od razu Aidenowi do gardła, Viconia miałaby kolejny pretekst, żeby go wykończyć. Steele chciała zdobyć informacje o Żelaznym Tronie. Najprościej zostać z porucznikiem, przesłuchać więźniów, wydusić jak najwięcej z niego samego. Przypominało to zabranie do łóżka węża, z nadzieją, że nie ukąsi.

Tazok. Ogromna postać w zbroi, z toporem w ręku, z twarzą wykrzywioną w morderczym grymasie. Kivan dopadł go. Posłał w kierunku półorka kilka strzał, usłyszał krzyk, gdy pociski dosięgły celu. Ciął mieczem, raz i kolejny, uskoczył przed uderzeniem topora. Bandyta odsłonił się i wtedy miecz elfa ugrzązł w jego piersi. Tazok patrzył na broń wystającą z własnego ciała, nie mogąc uwierzyć w to co się stało. Zrobił gest jakby chciał złapać za topór. Ale drzewce wyślizgnęło mu się z rąk, z ust i nosa trysnęła fontanna krwi. Upadł, najpierw na kolana, potem twarzą na ziemię. Kivan zatrzymał na nim wzrok. Morderca został ukarany. Deahariana pomszczona. Zginął z jego ręki. Tak powinno być.

Nie, przecież tak się nie stało. Tazoka zmasakrowano, zginął pod ciosami najemników i dawnego współpracownika. Kivan nie pomścił Dehariany. Zawiódł.

Czuł jej ciepło. Jasną skórę pod palcami, jej pocałunki na swoim ciele. Odgarnął włosy z jej twarzy, czuł jak przytula się do niego. Objęła go ramionami, splotła nogi za jego plecami. Był w niej. Kochali się. Słyszał jak powtarza jego imię. Jego ukochana. Dehariana. Otworzył oczy. Nie zobaczył burzy jasnych włosów i zielonych oczu. Na jej twarz opadały czarne włosy, patrzyły na niego zimne, szare oczy. Steele. Pragnął jej. Wiedział, że to jest złe, że nie może jej mieć, że nie powinien o niej myśleć. Ale jej pragnął.

Kivan obudził się. Jawa mieszała się ze snem. To czego chciał, z tym co się stało i czego nie mógł odwrócić. Nad nim, między gałęziami drzew lśniły jasne punkciki gwiazd. Wzszedł księżyc. Słychać było trzask ognisk i raz po raz szelest liści i trawy, gdy wstawał któryś z żołnierzy. Potoczył wzrokiem po obozie. Na tle ogniska odcinała się kobieca sylwetka. Steele. Nie patrzyła na niego, miała wzrok utkwiony w płomieniach.

To nie powinno się stać. Czary driad zatarły mu pamięć. Zapomniał o żonie, o Deherianie. Chciał pozostać jej wierny, już na zawsze. Nikogo nigdy tak nie kochał. Ale za każdym razem, gdy patrzył na Steele jego myśli zaczynały się plątać. Przed oczami stawało mu to, co chciał zrobić. To, co już raz zrobił. Ale wiedział, że to jest złe. Wiedział, że mu nie wolno.

Powoli przedzierali się przez puszczę. Teren stawał się bardziej pofalowany. Zasłona drzew z wolna się przerzedzała. Bezkresny las zaczął ustępować miejsca rzadszym skupiskom drzew, a potem młodnikom i zagajnikom. Steele przesłuchała więźniów. Nie, nie wiedzieli nic o Żelaznym Tronie. Tazok rekrutował ich z bandytów i opryszków rabujących po gościńcach i małych miasteczkach. Nie mieli pojęcia o co chodzi w kryzysie z żelazem. Chcieli tylko rabować, mordować i dupczyć. Teraz szli w pętach do Wrót Baldura, czekając na stryczek. Aiden był milczący, ale nie zrobił nic podejrzanego. Próbował ustalić, jak Tazok się uwolnił, ale bez rezultatu. Ostatnią noc przed wkroczeniem do Wrót spędzili w małej wiosce. Mieszkańcy przyjęli ich nieufnie, na widok zgrai żołnierzy i więźniów w pętach chowali dobytek do domów, a bydło do zagród. Ale gdy zobaczyli herb Entara, nie śmieli się sprzeciwić. Co bardziej gorliwi, czy wystraszeni częstowali ich nawet swoją strawą i winem. Dobrze było widzieć światło w oknach i unoszące się z kominów smugi dymu, zamiast nie kończącej się puszczy. Jednostajny krajobraz przejadł się chyba wszystkim. Poza jednym. Im bardziej przybliżali się do ludzkich siedzib, tym bardziej Kivan stawał się milczący i przygnębiony. Nigdy nie mówił wiele, ale teraz miało się wrażenie, że do ziemi przygniata go niewidzialny ciężar. Jedna z kobiet z wioski za kilka monet zajęła się synem Entara. Siedział przy ognisku w ubraniu, kupionym od wieśniaczki, opychał się strawą tak, że miał całą twarz umorusaną w sosie. Kobieta głaskała go po głowie i przemawiała do niego łagodnie.

– Jak znaleźliście Tazoka? – Napad histerii Tranziga minął. Siedział, wciśnięty w kąt pryczy, jak kupka znoszonych łachów. Renlav tkwił pod ścianą, uważny, czujny, jakby na coś czekał. Drgnął na dźwięk głosu współtowarzysza.

– Ktoś go zdradził. – odpowiedział złodziej.

Tranziga to nie zdziwiło. Półork prowadził interesy z najgorszymi opryszkami i szumowinami. Nic dziwnego, ze któryś ze współpracowników wbił mu nóż w plecy.

– Skurwysyn dostał to, na co zasłużył. – westchnął.

– Nie chcesz wiedzieć kto zdradził? – ciągnął Renlav. Uśmiech błąkał mu się na ustach.

– Nie znam zbirów Tazoka. – burknął mężczyzna.

– Tego znasz.

– Mam to w dupie. – mruknął Tranzig. Próbował zająć się rozmową, ale to na nic. Tkwił w wiezieniu, we Wrotach Baldura, w celi z nieznajomym mężczyzną. Oczyma wyobraźni widział już naszykowane dla siebie dyby lub stryczek. Widział ludzi rzucających w niego śmieciami i skandujących„Powiesić!, Powiesić!”.- Mam w dupie, kto to był.

– Maen. – Renlav miał przymknięte oczy, uśmiechał się jak kot, który złapał zdobycz.

Miasto. Ich oczom ukazała się ogromna metropolia, którą spowijała mgła znad rzeki Chionthar. Candlekeep wyglądało przy niej jak dziecięca budowla z klocków. Widać było baszty i wieże, zarys domów i pałaców. Od Wrót dzieliła ich tylko rzeka, z przewieszonym nad nią mostem. Brama wejściowa zapraszała, otwartą jak monstrualne usta. Można wejść, dać się przytulić, wessać miejskim murom, nerwowemu pulsowi metropolii. Żołnierze odetchnęli z ulgą, więźniowie spochmurnieli. Renlav się uśmiechał. Wyglądał, jakby wrócił do domu.

– Jest ogromne… – Imoen przyglądała się miastu, szeroko otwartymi oczami. – Ogromne… wejdziemy tam?

– Mała mieścina przy Mezzoberanzan. – prychnęła Viconia.

– Mówią, że złoto płynie tam ulicami, mówię wam. – zaśmiał się chrapliwie Kagein. – Na co czekamy, idziemy.

– Naprawdę tam wejdziemy?- w dalszym ciągu pytała Imoen. – Nigdy nie widziałam tak wielkiego miasta.

– Naprawdę. – uśmiechnęła się Steele. Entuzjazm rudowłosej dodawał jej sił.

Przeszli przez most, trzeszczący nad wartkim nurtem Chionthar. Steele i Imoen zatrzymały się na chwilę i z wysokości wpatrywały się w szarobłękitną, toczącą się wartko toń rzeki.

Przywitali ich strażnicy bramy, rosłe uzbrojone chłopy. Pierwszy wystąpił żołnierz, pewnie starszy stopniem z twarzą służbisty.

– Stójcie, kto idzie? – wyrecytował tę zużytą kwestię jakby powtarzał ją tysięczny raz. Renlav wystąpił do przodu.

– Żołnierze Entara Srebrnej Tarczy i drużyna najemników, która do nich dołączyła. – złodziej wyciągnął pergamin ze znakiem możnowładcy. – Wracamy z rajdu przeciwko bandytom, odbiliśmy panicza Joriego Srebrną Tarczę. – na twarzy chłopca było widać, że marzy, żeby znaleźć się za miejskimi murami. – Chcemy spotkać się z naszym panem, prowadzimy jeńców. – Renlav wskazał głową na spętanych opryszków o poszarzałych twarzach.

Służbista przebiegł wzrokiem pergamin. Poślinionym palcem dotknął pieczęci, jakby chciał sprawdzić jej autentyczność.

– Dobrze, dobrze… – mamrotał. – Wróciliście z wypadu przeciwko bandytom… Prowadzicie tylko tych kilku chłystków?

– Zabiliśmy najważniejszego. – odparł Renlav. Słowa spływały z jego ust, gładkie, ogólne, nie wzbudzające podejrzeń.

– Tak, kogo…? – spytał roztargnionym tonem żołnierz.

– Pokaż mu. – uśmiechnął się Renlav do młodziutkiego najemnika.

Chłopak speszył się, ale przyniósł starannie zabezpieczone zawiniątko. Rozsupłał sznury, zanurzył dłoń w worku. Głowa Tazoka patrzyła na nich martwymi, niewidzącymi oczami. Na twarzy miał liczne rany, ogromna krwawa dziura ziała w jego czaszce. Od zawiniątka i głowy buchał fetor zgnilizny.

– Tazok. – dodał ze spokojem złodziej. – Skurwysyn, napadał na podróżnych od Peldvale do Kniei Larsa.

Strażnik nagle przestał być tak drobiazgowy. Monstrualny pakunek musiał wywrzeć na nim wrażenie.

– Dobrze. – zakończył. – Możecie przejść.

– Panie!- krzyknął Aiden. – Panie, to kłamstwo! Ci ludzie … – wskazał na Steele, jej drużynę i Renlava. – zdradzili nas, są w zmowie z bandytami! Zatrzymajcie ich, wymierzcie im karę!- krzyczał porucznik. Jego żołnierze wpatrywali się w niego zaskoczeni. Powietrze zgęstniało.

– Aiden, co ty bredzisz! – warknął Renlav.

– Milczałem z obawy o życie panicza, chciałem oddać ich pod sąd tutaj, w mieście. Spójrz- wskazał na swoją zbroję. – ten człowiek powołuje się na Entara Srebrną Tarczę, ale to ja nosze jego herb! Ja jestem jego porucznikiem! Zatrzymajcie ich! Są w zmowie z bandytami!

– Mówiłam. – syknęła Viconia. – Trzeba go było zabić od razu.

Stało się. Wąż ugryzł. Służbista przyglądał im się z wyrazem głębokiego namysłu na twarzy. Wskazał palcem na Steele i jej drużynę.

– Jesteście zatrzymani. Pójdziecie z nami.

– Chyba żartujesz. – elfka wystąpiła do przodu.- Niech żaden z twoich ludzi nie waży się nas dotknąć.

– Steele, ja to załatwię. – Renlav złapał ją za ramię.

– Powiedziałem, jesteście zatrzymani. Oddajcie broń.- strażnik napuszył się całą mocą urzędowego autorytetu. Jego podwładni podeszli do Steele i jej towarzyszy.

– Nie dotykaj mnie śmieciu. – warknęła Shar- Teel, gdy zbliżył się do niej zbrojny.

– Steele, dlaczego oni chcą nas aresztować? Nie zrobiliśmy nic złego!- krzyczała Imoen.

Nie tak to miało wyglądać, nie mieli być wprowadzeni do miasta w kajdanach. Złodziej powiedział, że to załatwi, ale jaka mieli gwarancje, że mu się uda? Już raz się pomylił, w ocenie Aidena. Teraz rozmawiał z dowódcą straży, próbował go przekonać ale służbista uzbrojony w paragrafy i kodeksy nie chciał słuchać. Aiden śmiał im się w twarz, jego podwładni patrzyli zaskoczeni, jak ich dotychczasowi sprzymierzeńcy zmieniają się we wrogów. Walczyć? Wedrzeć się do miasta jak bandyci? Czy dać się prowadzić jak owce na rzeź? Steele położyła dłoń na głowni miecza. Nagle jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Viconii. Drowka podbiegła do niej.

– Aiden! – krzyknęła Viconia. – Pamiętasz skurwysynu, co ci obiecałam?

W ułamku sekundy wyszarpnęła zza pasa Steele sztylet do rzucania i cisnęła nim w porucznika. Z jego szyi trysnęła fontanna krwi, musiał dostać w tętnicę. Osunął się na kolana. Najemnicy poderwali się pomścić dowódcę. Viconia dopadła do ciała. Ściągnęła z dłoni martwego pierścień i założyła na swój palec.

– Steele! – krzyknęła. – Wszyscy do mnie!

Elfka rzuciła się do przodu, ciągnąc za sobą Imoen. W powietrzu zaświszczały strzały, obnażone brzeszczoty najemników Entara i strażników kierowały się w ich stronę.

– Złap mnie za rękę!- wołała drowka.

Steele chwyciła ciemną, chłodną dłoń, drugą ręką z całych sił ścisnęła Imoen. Shar- Teel i Kagein zlekceważyli Viconię, przedarli się przez strażników, w stronę miasta, jak żniwiarz przez zboże. Zostawili za sobą trupy pokonanych i dopadli do wrót.

– Kivan!- krzyknęła Steele. Był za daleko, nie mogła go złapać, nie mogła puścić Imoen. – Kivan! – widziała jak razem z Renlavem odłożyli broń i wykonali gest, że się poddają.

Viconia wygłosiła jakąś magiczną formułę, skierowaną do Shaar. Przekręciła pierścień na palcu.

W następnej sekundzie znalazły się w dusznym miejscu, przesyconym aromatem olejków, potu i pieniędzy. W burdelu.

Rozdział 15

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

Wyruszyli, zostawiając za sobą zniszczony obóz bandytów. Najemnicy Entara dorżnęli tych, którzy nie byli w stanie chodzić. Reszta jeńców w pętach szła na przodzie kolumny, żeby nie spuszczać ich z oka i żeby nie spowalniali marszu. Tazok słaniał się na nogach, ale pozwolił się prowadzić. Patrzył tępo, mętnymi oczami, jakby nie był w stanie skoncentrować na niczym wzroku. Co jakiś czas przystawał i wymiotował krwią. Ale i tak był pod nadzorem, pilnowało go trzech strażników, gotowych zaatakować przy najlżejszej próbie oporu. Największe chłopy spośród żołnierzy Entara, wysocy, barczyści, ze zdecydowanym, okrutnym wyrazem twarzy, mogli by obciąć rękę za byle przewinienie.

Steele cały czas zastanawiała się, czy ogromny półork rzeczywiście tak ucierpiał podczas walki, że teraz daje się prowadzić jak owca na rzeź. A może udawał, czekając na okazję, kiedy tylko będzie mógł uciec. Albo naprawdę się poddał, większość jego ludzi zginęła, tych kilku których przeżyło, wlokło się w pętach, zgnębione, szare na twarzach cienie.

Tazok był wielki, nawet jak na półorka, miał typowe dla tej rasy grubo ciosane rysy twarzy, szarozielony odcień skóry. Czarne, długie, włosy opadały mu splątanymi pasmami na ramiona. Szedł związany, bez broni, z tępym wyrazem oczu, ale łatwo było się domyśleć, że potrafił siać postrach. To jego tak nienawidził Kivan.

Rozmawiali z elfem, gdy opadły emocje po spotkaniu Viconii z Aidenem. Stali w zagajniku, w kępie brzóz, oddalili się na bezpieczną odległość od najemników, żeby nikt nie słyszał ich rozmowy. Steele wyciągnęła od Renlava, że ludzie Entara będą eskortować Tazoka i resztę więźniów do Wrót Baldura. Wrota. Ogromne miasto, tysiące ludzi pracujące, kupujące, sprzedające, kopulujące i śpiące we własnym rytmie. Handlowa brama z południem, rządzona przez Wielkich Książąt. Setki tysięcy towarów wpływające i wypływające z Wrót przez Morze Mieczy. Tam był Entar, tam mieli odprowadzić jego syna, płaczliwego, wychudłego dzieciaka, przetrzymywanego dotąd przez zbirów Tazoka. I tam mieli osądzić półorka.

– Zabierają ich do Wrót Baldura. Oddadzą ich pod sąd. Co chcesz zrobić? – otoczyli Kivana kołem. Cała drużyna. Nie patrzył im w oczy, unikał ich wzroku.

– Pójdę z nimi. – na twarzy elfa mignął kurczowy spazm mięśni. Steele mogła się tylko zastanawiać co on teraz czuje. Co czuje, mając obok tego, który zabił jego żonę i nie mogąc się zemścić.

– Idziemy z tobą. – spodziewała się oporu, „idźcie w swoją stronę” i tak dalej. Nic nie powiedział. Pewnie było mu to obojętne.

– Kombinujesz, co? – zaśmiał się Kagein, chrapliwym, przepitym śmiechem. – Myślisz, że ten wielki sukinsyn stoi za kryzysem żelaza na Wybrzeżu? Myślisz, że rozwikłamy zagadkę, dlaczego żelazo stało się gówno warte i dostaniemy za to worek złota?- znowu zaniósł się śmiechem. – Za krótka jesteś na dziewczynko. Ale do cholery idźmy do Wrót, tam jest tyle pieprzonych okazji, żeby zanurzyć ręce w złocie.

Reszta drużyny nie zgłaszała sprzeciwu, na twarzy Imoen odbiła się ekscytacja kolejną wyprawą. Wrota przyciągały jak magnes, kupców, podróżników, awanturników i zwykłych rzezimieszków.

Wyruszyli razem z najemnikami Entara. Renlav skrzywił się, gdy powiedziała mu o tej decyzji.

– Tazok zabił żonę jednego z moich ludzi. Chce… chce wiedzieć, że zostanie osądzony i skazany. – dziwnie było opowiadać historię Kivana komuś obcemu. – Może będzie zeznawał. Idziemy z wami.

– Żonę tego dzieciaka? Chociaż wy, elfy możecie mieć sto lat i nadal wyglądać jak nastolatki. – mruknął złodziej. – Ile ty masz lat, Steele? – przyjrzał się jej. – Wyglądasz na dwadzieścia, ale może masz dwieście, co?

– Nie mam dwustu lat. – odparowała.

– Jest ze mną trzydziestu ludzi, którzy widzieli, jak twoja towarzyszka grozi ich porucznikowi. Trzydziestu żołnierzy, którzy ostatnio tylko mordowali, a teraz chcieliby poruchać. Oprócz ciebie w drużynie są trzy kobiety. – dalej czuła na sobie jego wzrok. Oceniający, chłodny, taksujący.

– Potrafimy się obronić. – ucięła dyskusję.

– Jasne. – skwitował z cynicznym uśmiechem. – Dobrze, idziecie z nami, tylko trzymaj drowkę z daleka od Aidena. I nie pozwól, żeby elf, zbliżył się do Tazoka. Ma dotrzeć do Wrót żywy.

Więc wyruszyli. Steele przestała wypytywać Renlava jaki udział ma Tazok w kryzysie żelaza. Viconia mierzyła Aidena zimnym spojrzeniem, ale nie odezwała się do niego ani słowem. Kivan omijał wzrokiem zwalistą, przygarbioną sylwetkę, kroczącą na czela pochodu.

Deheriana. Żona Kivana. Jej cień przesłonił elfowi wszystko. Zawsze milczący, teraz zamknął się zupełnie we własnym świecie. Cienka nić porozumienia, jaka była między nim a Steele, którą elfka instynktownie wyczuwała, pękła.

Tranzig maszerował z nimi, wyglądał jakby każdy krok, w towarzystwie byłego pracodawcy sprawiał mu ból. Rozglądał się w panice, było pewne, że pójdzie w swoją stronę przy najbliższej okazji. Ale samotnej podróży przez puszczę nie chciał ryzykować.

– Naprawdę idziemy do Wrót Baldura? – głos Imoen wyrwał Steele z rozmyślań. Maszerowały obok siebie, razem z resztą grupy, w bezpiecznej odległości od małej armii najemników Entara.

– Tak, Renlav mówi, że powinniśmy dotrzeć za kilka dni marszu.

– Zwiedzimy miasto? Podobno jest ogromne.

– Mam nadzieję. – uśmiechnęła się Steele. Niesłabnący entuzjazm Imoen do nowych przygód, był jedną z cech, która pozwalała jej przetrwać.

– Kiedy skażą Tazoka, Kivan odejdzie…? – spytała rudowłosa.

– Nie wiem, zapytaj jego. – Steele wskazała ruchem głowy szczupłą sylwetkę odzianą w płaszcz.

– On znalazł… zabójcę żony. My nawet nie wiemy, kto zabił tatę… – brzmiało to jak wyrzut.

Steele zagryzła wargi. Co miała odpowiedzieć? Na pewno nam się uda, dopadniemy ich? Wściekłość, która napędzała ją w pierwszych dniach po śmierci Goriona stopniowo ustąpiła miejsca zimnej kalkulacji. Utrzymać siebie i Imoen przy życiu. To było najważniejsze. Nie udało jej się przesłuchać żadnego z opryszków, skuszonego nagrodą za jej głowę, wszyscy padli w walce, zanim zdążyła zadać im pytania. Ale było oczywiste, że ten, kto jest odpowiedzialny za śmierć Goriona stoi za tymi wymiętymi listami bez podpisu, z jej imieniem i ceną za jej głowę. To ona była celem. Przez cały ten czas nie przybliżyła się ani trochę do rozwikłania zagadki. Chciała rzucić zakutego w stal mężczyznę na kolana, przystawić mu miecz do gardła i skończyć to. Zmusić go, żeby błagał o litość, a potem nie okazać ani odrobiny współczucia. Ale wciąż tkwiła w tym samym punkcie, co gdy razem z Imoen uciekały do „Pod Pomocną Dłonią”. Ogarnęła ją wściekłość. Dość tego. Nie będzie już pionkiem w czyjejś grze. Dowie się kto za tym stoi. Dowie się.

Renlav przycisnął ją do ziemi i wykręcił jej ręce. Szarpała się i wyrywała, ale był za silny. Zdumiewająco silny, jak na swój wiek. Jedną ręką trzymał w uścisku jej dłonie, drugą przeszukiwał jej ubranie. Odpiął kieszenie w kaftanie, sprawdzał schowki w spodniach. Usiłowała go zepchnąć, ale przyciskał ją swoim ciałem, jego ręce krępowały jej ręce, uśmiechał się swoim cynicznym uśmiechem.

– Gdzie to schowałaś Steele? Jeśli pod ubraniem, będę musiał sprawdzić…

– Odwal się. – warknęła.

Wyszarpnął plik dokumentów zza jej paska. Spojrzał na pomięte zwitki pożółkłego papieru i schował je do kieszeni. Przycisnął jej nadgarstek drugą ręką, przez chwilę znowu usiłowała go zepchnąć, słychać było ich przyspieszone oddechy, stłumione przekleństwa. Renlav docisnął ją do ziemi, piasek i trawa kuły ją w policzek.

– Zdążyłaś przeczytać? – spytał.

– Spierdalaj. – elfka miotała się wściekła, skrępowana przez silniejszego mężczyznę. Cholera. Jak mogła tak dać się podejść.

– Powiedz, po co ci listy. – zacisnął mocniej dłonie na jej przegubach.

– Puszczaj sukinsynu.

Steele szamotała się jeszcze przez chwilę, ale bezskutecznie. Opadła z sił.

– Wynajęli nas do zbadania czemu w kopalni w Naskhel psuje się żelazo… To byli ludzie Tazoka, zatruwali metal. – zaczęła. – Dotarliśmy do Tranziga, on zaprowadził nas tutaj. Chciałam wiedzieć, kto stoi za tym całym gównem. Gdybyś od razu pokazał mi listy…

– Za dużo chcesz wiedzieć od razu skarbie. Skąd mam wiedzieć, że mogę ci ufać?

– A ja tobie? – odcięła się.

Puścił ją. Steele nie powinna tego robić. Powinna się opanować. Z całej siły uderzyła złodzieja w twarz. Pięścią. Natychmiast złapała się za dłoń, miała wrażenie, że zwichnęła nadgarstek. Renlav upadł, podniósł się z ziemi, otarł twarz z krwi. Nadal się uśmiechał.

Listy. Znalazła je w torbie, w namiocie Renlava. Wślizgnęła się tam, niezauważona, aż zjawił się złodziej i przyłapał ją na przetrząsaniu jego bagaży. Skłamała, że szuka jakiegoś drobiazgu, chciała się wymknąć, ale Renlav nie dał się nabrać. Chwilę potem leżała na ziemi, obie ręce uwięzione w jego uścisku, a on taksował ją drwiącym, oceniającym spojrzeniem. Słowa, powtarzające się na kartach pergaminu. Nie padły konkretne imiona, ale przewijała się nazwa organizacji, czy stowarzyszenia. Żelazny Tron. Ich siedziba mieściła się we Wrotach. Raporty. Z innych kopalni, gdzie niszczono metal. Od przekupionych pośredników, którzy skupowali dobre żelazo. Zbyt dużo liter i cyfr, by zagłębić się w szczegóły, ale wystarczająco, by mieć szerszy obraz.

Renlav wstał z kolan. Steele złapała za sztylet. Z uśmiechem pokręcił głową.

– Zostaw tą cholerną broń. – powiedział.

– Od początku wiedziałeś kim jest Tranzig, tak?- zdjęła dłoń z rękojeści, ale wciąż trzymała się na dystans. – Dla kogo pracuje? Po co tu przyszedłeś? Czemu złodziej z Wrót Baldura tłucze się po lesie z gromadą najemników, szukając bandytów?

– Powiedziałem już, za dużo chciałabyś wiedzieć, skarbie.

Stali naprzeciwko siebie, Steele wściekła, złodziej, uważny i czujny. Nagle ktoś uchylił wejście do namiotu, stanął w nim żołnierz Entara. Był bardzo młody.

– Porucznik wzywa na naradę… – zaczął speszony.

Zatrzymał wzrok na jej ubraniu w nieładzie, rozmazanej smudze krwi na twarzy Renlava. Ciekawe, co sobie pomyślał.

– Powiedz, że zaraz przyjdę. – złodziej odprawił chłopaka ruchem ręki. – Pewnie przeczytałaś listy. – zwrócił się ponownie do Steele. – Ale to wszystko jest bardziej skomplikowane. Nie baw się w bohatera. Zapomnij o Żelaznym Tronie.

– Odpierdol się. – warknęła. Poprawiła włosy i zapięła ubranie. Zniknęła za wyjściem z namiotu. Renlav odprowadził ja wzrokiem.

Steele podzieliła się tymi rewelacjami z resztą grupy. Poza Imoen wszyscy uważali, że należy , zapomnieć o Żelaznym Tronie i kryzysie. I poza Kivanem, on wydawał się kompletnie pogrążony we własnym świecie. Ale wizja wielkiego, tętniącego życiem miasta, w którym wszystko może się zdarzyć, tak innego od dziur jak Naskhel czy Beregost kusiła i nęciła. Oznaczała przygody, niebezpieczeństwo i złoto. Więc szli, razem z najemnikami Entara, na końcu pochodu, zabezpieczali tyły. Steele, Imeoen,Viconia i Shar-Teel zbywały obelżywe gest żołnierzy, spragnionych kobiety po walce. Zapadł wieczór, rozbili obozowisko. Zapłonęły ogniska, w powietrzu rozszedł się zapach strawy, suszonego mięsa i czerstwego chleba. Viconia przysunęła się bliżej ognia. Spojrzała z niesmakiem, na swoją rację jedzenia. Zaczęło mżyć.

– Jak dotrzemy do Wrót znajdziemy gospodę, gdzie nie pada na głowę i nie gapi się na ciebie gromada półgłówków, myślących tylko o tym, żeby dostać się kobiecie, między nogi. – sarknęła. – Pewnie gdyby położyć by przed nimi kozę czy krowę, też by się z nią zabawili.

– Trzydziestu chłopa, może by ci dogodziło, drowko. – zarechotał obleśnie Kagein. – Słyszałem, jak wyglądają orgie w Podmroku.

– Źle słyszałeś krasnoludzie. – mroczna elfka zmierzyła go zimnym spojrzeniem. – Drowki to nie uliczne dziewki, które dają się brać byle ścierwom. W mojej ojczyźnie to niewolnicy w burdelach padają z wyczerpania, po tym, jak muszą zadowolić wszystkie kobiety z Domu. A jeśli nie są w stanie, obcinamy im to, z czego są tacy dumni. Skoro nie potrafią z tego zrobić użytku…

Steele zamyśliła się i nie słuchała reszty rozmowy. Nagle jej wzrok przykuł mały punkt na niebie. Ptak. Kruk. Machał wytrwale skrzydłami, zbliżając się ku nim. Wylądował na gałęzi pobliskiego drzewa, przysiadł tam, czarny i lśniący. Otrzepał pióra, przekrzywił głowę, obrzucił spojrzeniem ludzi i obozowisko. Przyglądał się im. Nagle powietrze rozdarło jego krakanie. Któryś z żołnierzy podniósł się i chciał czymś rzucić w ptaka. Renlav złapał go za rękę.

– Zostaw go. – powiedział z uśmiechem. – Kruki to przyjaciele złodziei.

Obozowisko pogrążyło się we śnie. Kilku najemników pełniło wartę. Nie spały też Steele i Shar-Teel. Nie wierzyli żołnierzom Entara. Słychać było jak płacze jego syn. Czas spędzony w głuszy, wśród bandytów, którzy mogli poderżnąć mu gardło, gdyby znudziło mu się czekanie na okup musiał się boleśnie odbić na chłopaku.

Steele rozglądała się po otaczającym lesie, który kładł cienie na twarze śpiących. Zatrzymała wzrok na Kivanie. Jak zwykle spał owinięty w płaszcz, ukrył twarz w kapturze, podbródek opierał na piersiach. Pod oczami miał cienie, płomienie wyostrzały rysy jego twarzy, podkreślały blizny. Wiedziała, o czym myślał, co buzowało w jego krwi przez cały czas. Westchnęła i odwróciła wzrok. Poczuła się bezsilna. W walce o uczucia elfa nie miała żadnych szans z cieniem zmarłej kobiety. Zagryzła wargi. Lepiej zapomnieć. O tej jednej nocy, kiedy uwierzyła w iluzję, kiedy miała go przy sobie. Zapomnieć. Tylko dlaczego to było takie trudne.

Krzyk, przetoczył się po obozie. Wszyscy zerwali się na równe nogi. Potem kolejny krzyk. Rozpaczliwe wycie kogoś, kto przegrał walkę o życie z silniejszym przeciwnikiem. Zapanował chaos, najemnicy rzucili się do walki, Steele trzymała swoją drużynę z tyłu, nie wiedząc kto ich zaatakował. Wywiązała się walka. Trzydziestu ludzi stanęło przeciwko jednemu. Tazokowi.

Półork jakimś cudem oswobodził się z więzów. Jego strażnicy leżeli martwi, pogruchotane ciała, przetrącone karki, wytrzeszczone w niemym zdziwieniu oczy. Miał broń jednego z pokonanych. Wykańczał każdego, kto się do niego zbliżył. W jego ciele tkwiły groty strzał, broczył krwią z licznych ran, ale parł do przodu, jak machina wojenna, miażdżąc wszystko na swej drodze. Z rąk Imoen spłynęła fala energii i w półorka uderzyły magiczne pociski. Wraz z każdym wypowiadanym przez Viconię słowem inwokacji z ziemi wyrastały pnącza, grube jak udo mężczyzny i oplatały Tazoka, żeby go zatrzymać. Przebił się przez roślinne pęta, nie zwracał uwagi na trafiające w jego ciało pociski, czy zwykłe, czy magiczne. Viconia znowu złożyła dłonie, poprosiła Shaar o ochronę i nagle cała drużyna poczuła wręcz nadludzki przypływ sił. Skoro nie dało się zaatakować sukinsyna magicznie, to można chociaż ich wzmocnić. Nagle w ciało półorka wbiła się strzała, potem kolejna. Obie utkwiły aż po drzewce. Kivan. Mierzył z kamienną twarzą. Szeregi najemników topniały. To co widzieli wydawało się nieprawdopodobne, jeden przeciwko kilkudziesięciu. Ale żaden z żołnierzy nie miał szans z Tazokiem, jakby półork nie czuł bólu, ani strachu o własne życie. Tylko parł naprzód zostawiając za sobą trupy. Wezwane przez Viconię dwa szkielety rozgniótł niemal jednym ruchem ogromnej ręki. Shar- Teel doskoczyła do niego. Wydawało się, że półork rozniesie ją na strzępy, ale to ona wbiła mu miecz w pierś, aż po rękojeść Uśmiechnęła się. Miała na sobie zbroję, jej ramię osłaniała tarczą. To ją uratowało, gdy przeciwnik złapał ją, rzucił na ziemię jak lalkę i zaczął okładać. Kivan przyskoczył do Tazoka, uderzył mieczem. Półork uchylił się. W następnej chwili złapał Kivana w uścisk. Elf zniknął pod jego cielskiem.

– Renlav!- on go zabije, Tazok zabije Kivana na jej oczach. Złodziej trzymał się na dystans, od walczących, jego noże do rzucania, nawet jeśli utkwiły w ciele Tazoka wydawały się nie czynić mu krzywdy. – Pomóż mi, on go zabije! – krzyczała, ciągnąc mężczyznę za ramię. Renlav jest złodziejem z Wrót, musi coś mieć, jakiś zapalający wywar, truciznę. – Zabije go!

– Proszek wybuchający. – wcisnął jej w dłoń niewielką paczuszkę. – Rzuć tym w sukinsyna, będzie mała eksplozja.

Jego słów „ostrożnie z tym” już nie usłyszała. Podbiegła do walczących. Oślepiający błysk i wybuch, który odrzucił ją na kilka metrów. Otworzyła oczy. Obok niej leżał Kivan. Siła wybuchu odrzuciła Tazoka. Pełzł na brzuchu, usiłował się podnieść. W jego oczach, w ubłoconej, wykrzywionej w grymasie twarzy płonął amok, szał. Nagle spadł na niego grad mieczy, żołnierze masakrowali go żywcem. W kłębowisku ciał mignęła jej znajoma twarz. Tranzig. Miał wykrzywione fanatycznie rysy, klęczał na plecach Tazoka, uderzał w jego głowę ciężkim młotem. Krew ochlapywała mu twarz, słychać było chrzest miażdżonych kości. W końcu półork padł, pod naporem przeciwników. Jego zmasakrowanym ciałem targały konwulsje, zaczął toczyć pianę z ust. Nagle zesztywniał i znieruchomiał. Żołnierze stali nad nim, garstka ludzi, z bronią ubrudzoną we flakach. Wycierali twarze z krwi i potu i patrzyli z przerażeniem na martwego giganta, rozciągniętego na ziemi.

Steele dopiero po chwili od wybuchu uświadomiła sobie, że nic nie słyszy, z uszu, z nosa ciekła jej krew. Próbowała się podnieść. Obok Kivan wypluwał krew z ust. Spojrzał na nią i pierwszy raz od długiego czasu ich wzrok skrzyżował się. Miała wrażenie, że on wie, o wszystkich rzeczach, o których mu nie powiedziała.

Nad nią stanęła wysoka sylwetka. To Renlav, wyciągał do niej rękę. Mówił coś, ale nie była w stanie rozróżnić słów. Podniosła się z jego pomocą. Któryś z najemników odciął zmasakrowaną głowę półorka. To ja mieli zanieść do Wrót jako dowód.

Żołnierze opatrywali rany. Viconia przytknęła ręce do głowy Steele i zaczęła wypowiadać zaklęcie. Na początku elfka widziała tylko jak kapłanka porusza ustami. Po chwili usłyszała jej głos. A na końcu do głosu Viconii dołączyły jęki rannych, troskliwe dopytywanie Imoen, szum drzew, trzask dopalających się ognisk.

Wszyscy lizali rany, Shar- Teel oglądała swój pogięty pancerz i tarczę, z którymi Tazok obszedł się jakby były dziecięcymi zabawkami. Steele co jakiś czas nasłuchiwała, wydawało jej się, że ciągle szumi jej w uszach. Kivan wycierał swój miecz. Co teraz zrobi? Bała się zapytać.

– Pani…? – przed nią stał ten sam młody żołnierz, który zastał ją w namiocie z Renlavem. – Porucznik Aiden i Renlav zapraszają cie na naradę. – dzieciak miał pokiereszowaną rękę i był wyraźnie wystraszony, ale chyba nic poważnego mu się nie stało. W jakiś dziwny sposób to dodało jej otuchy.

Poszła za nim, przedzierali się przez trupy, chaos jaki zapanował w obozie. Więźniowie patrzyli na nich nienawistnym wzrokiem. Mimo napadu morderczego szału Tazoka, żadnemu z nich nie udało się uciec. W środku tego stosu krwi i trupów stali Renlav i Aiden.

– Jak to się stało? – spytał Aiden. – Sukinsyn był związany, pod strażą. Zerwał więzy jakby to były nici na krośnie

– Mógł mieć ze sobą jakiś narkotyk. – odparł złodziej. – Wziął go, potem dostał napadu szału. Po niektórych świństwach nawet nie czujesz bólu.

– Któryś z więźniów mógł mu go podać. – Steele taksowała spojrzeniem obóz.

– Właśnie, więźniowie… – Aiden zniżył głos do szeptu. Zginęła ponad połowa naszych. W tej sytuacji lepiej będzie… pozbyć się, więźniów.

– Wyrżniesz ich jak świnie w jatkach? – zapytała pogardliwie elfka. – Ilu waszych zostało? Dziesięciu? Są jeszcze moi ludzie. Możemy ich eskortować. Pod jednym warunkiem.

– Jakim? – spytał Renlav. Pewnie spodziewał się odpowiedzi.

– Chcę przesłuchać więźniów. – spojrzała na niego bezczelnie, skrzyżowała ramiona, wysunęła brodę do przodu.

– Dobrze. – zaśmiał się złodziej. – Przesłuchasz ich.

Aiden na chwile zniknął, wydawał komendy żołnierzom.

– Tylko nie myśl, że uratowałaś sukinsynów. – Renlav spojrzał na nią z góry. – We Wrotach pewnie czeka ich stryczek.

– Żywi mogą zeznawać .– odparowała Steele.

Wrócił Aiden. Wyciągnął zza pazuchy butelkę. Finezyjny, metalowy kształt zwiastował lepszy alkohol.

– Mimo wszystko wypijmy. – powiedział. – Za poległych.

Przytknął do ust butelkę i pociągnął solidny łyk. Renlav też. Porucznik wyjął drugą piersiówkę.

– Dla damy… – zaczął. – mam coś specjalnego.

– Nie mam ochoty . – nie chciała pić z człowiekiem, którego tak nienawidziła Viconia.

– Ależ pani, to najlepszy trunek. – zapewniał.

– Powiedziałam już, nie. – ucięła ostro.

– Daj się namówić. – tak jak mówiła drowka, miał złoty język. – Przyłączyliście się do nas, razem walczyliśmy… – ciągnął. – Poczuję się urażony, jeśli się nie napijesz.

– Poruczniku… – Renlav zabrał mu butelkę. Otoczył Aidena ramieniem. Prowadził go w krąg cienia, gdzie nie sięgało światło ognisk. Poza zasięg wzroku żołnierzy. Steele szła za nimi, jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności.- …ja chętnie się napiję. – przytknął do ust piersiówkę.

– To trunek specjalnie dla dam… Wywar Złote Piaski… – plątał się Aiden.

– Specjalnie dla dam? – spytał złodziej. – Co jest w nim takiego specjalnego, poruczniku? –

Niespodziewanie Renlav złapał Aidena, chwycił go pod pachami i oplótł mu ręce na karku.

– Co do..?- krzyknął żołnierz. Bezskutecznie próbował się wyrwać.

– Nie krzycz, bo Steele poderżnie ci gardło. – wysyczał złodziej wprost do jego ucha. – Czym chciałeś ją poczęstować? Steele, daj mu się napić tego sławnego wywaru Złote Piaski.

– Ranlav, co ty…? – zapytała, nie wiedząc co się dzieje.

– Daj mu się napić. – ponaglił mężczyzna.

Elfka wzięła butelkę z jego dłoni i przytknęła Aidenowi do ust. Chciał krzyczeć, ale usta wypełnił mu płyn. Natychmiast go wypluł. Krztusił się. Szarpał się w ciemności, poza wzrokiem swoich żołnierzy, otoczony przez wrogów i milczące drzewa.

– Uderz go w brzuch. – poinstruował złodziej. – Wtedy będzie musiał połknąć.

– Nie!

– Powiedziałem ci już, nie krzycz. – ciągnął dalej Renlav monotonnym, cichym głosem. – Co to jest Aiden, co dałeś jej do picia?

– Tam – tam jest dziesięciu moich ludzi… – jąkał się porucznik. W jego głosie było słychać panikę. – Jeśli coś mi się stanie…

– Drużyna Steele i ja jesteśmy więcej warci, niż trzydziestu twoich ludzi i dobrze o tym wiesz. – głos Renlava przypominał syk węża. – Co to jest… poruczniku.

– Trucizna…

– Kto ci to zlecił. Kto kazał zabić Steele? – znowu w ciemności rozległ się szept. – Kto?

– Znalazłem… List o nagrodzie za jej głowę. W śmieciach Tazoka. Pojawiła się tutaj… skojarzyłem, że to ona.

– Obszukaj go. – świat wokół Steele znowu zawirował. Wczorajszy sprzymierzeniec dzisiaj stawał się wrogiem. Na ziemię trafiały kolejne drobiazgi, które znalazła w ubraniu Aidena. W końcu jej ręce znalazł się świstek papieru. Skrzesała ogień, przed jej oczami, na zwoju pergaminu pojawiły się słowa.

Niech wszystkim będzie wiadomo, że za głowę elfki Steele, dziecka Goriona wyznaczono nagrodę, tysiąca dukatów. Dziewczyna podróżuje z grupą osób, wśród których są magiczka, krasnolud, łowca, wojowniczka i czarna elfka. Za ich głowy doliczymy po po pięćset. dukatów Pod tekstem widniał podpis. Żelazny Tron.

Rozdział 14

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

Dziewczynka nie płakała. Musiała być w szoku. Viconia ciągnęła ją za sobą, drobny, ale uciążliwy balast. Próbowała popychać małą za ramię, w końcu po prostu wzięła ją za rękę. Uścisk dłoni dziecka był zimny. Dziewczynka pozwoliła się prowadzić. Powłóczyła nogami i wpatrywała się tępo przed siebie.

Viconia złożyła dłonie do inwokacji, zaczęła wypowiadać zaklęcie. Zagłuszyła instynkt podpowiadający żeby uciekać, kiedy idzie na nią przeciwnik z obnażoną bronią. Nomur zamachnął się i jego maczuga trafiła ją najpierw w ramię, potem w głowę. Krew zalała jej oczy. Ale nie przerwała strumienia słów. Nagle przed nią, spod ziemi wyrósł szkielet, nieumarły wojownik, patrzący dookoła pustymi oczodołami. Jeden cios brzeszczotem i Nomur osunął się na podłogę, z krwawiącą raną brzucha. Następne uderzenie rozpłatało mu czaszkę.

Spóźniła się, zaklęcie paraliżu, miało powalić pozostałą dwójkę. Aiden zdążył poderżnąć gardło kobiecie i w odruchu bezmyślnego okrucieństwa przebił sztyletem chłopca. Dziewczynka schroniła się w kącie i cicho łkała. Edrica powalił paraliż, na Aidena zaklęcie nie zadziałało. Viconia rzuciła się do przodu, by go dopaść, ale wykonał ledwo zauważalny gest dłonią. I zniknął.

Pierścień. Aiden się nim pysznił, wychwalał jakby to był cud świata. W przechwałkach twierdził, że umożliwia teleportację. Na milę, czy pół, ale to wystarczyło, żeby ocalić swój tyłek. Nigdy im nie pokazał jak działa. Viconia podejrzewała, że ze względu na Reeth, gdy wypiła jej palce stawały się jeszcze bardziej lepkie. Gdyby była pewna, że błyskotka ma rzeczywiście taką moc, na pewno by się z nią przywitała. Szkielet skończył z Edriceem. Podniósł się na cała swoją imponującą wysokość, czaszką niemal zawadzał o sufit. Reeth, Edric i Nomur, jej drużyna, ludzie z którymi podróżowała, jadła i spała leżeli w kałużach krwi. Wyrżnęli się z powodu paru błyskotek. Ciała matki i synka. Leżały obok siebie, bezwładne, niepotrzebne, jak poprzewracane meble, walające się po izbie. W kominku palił się ogień, trzeszczały polana, blask płomieni padał na twarze zmarłych, odbijał się w ich szklistych oczach. Drowka podeszła do Reeth i zamknęła jej powieki. Kto by pomyślał, że złodziejka i pijaczka zachowa się tak szlachetnie. Dziewczynka przykucnęła w kącie, objęła rękoma kolana, cicho łkała i kołysząc się w przód i w tył. Viconia musiała siłą wyciągnąć ją z tego schronienia.

Zaprowadziła dziecko do miasteczka, zabitej dechami dziury, niedaleko podupadłej szlacheckiej rezydencji. Skupiska domów, pochylony ratusz, zapyziała świątynia. Szkielet podążał za nimi z monotonnym stukiem kości. Mogłaby zostawić dzieciaka razem z pięcioma trupami, ale jeśli ktoś ją widział, wchodzącą, czy wychodzącą z domu gdzie dokonano masakry, podejrzenie od razu padnie na nią. A gdzieś tu był Aiden, sukinsyn, o złotym języku, który potrafił każdego przeciągnąć na swoją stronę.

Doszły do grupy domów. Obok rosła kępa drzew. Mieszkańcy krzątali się, zajęci swoimi sprawami. Na widok drowki, z zakrwawionym czołem, ciągnącej za sobą dziecko, w asyście szkieletu wszyscy zamarli.

– To mała panienka!- wykrzyknęła któraś z kobiet, wyciągając w ich stronę wątłe ręce.

– Słuchajcie… – mieszczanie jakby zwabieni słowami Viconii otoczyli je kręgiem, nieprzyjaznych twarzy. – Stało się… nieszczęście. Matka i brat tego dziecka nie żyją. – puściła dłoń dziewczynki, drobne palce wysunęły się bezwładnie z jej uścisku. Mała wciąż trwała w letragu.

– Napadli na nich… rabusie. Ja i jeszcze jedna kobieta próbowałyśmy… ich powstrzymać. – Viconia starała się, żeby jej głos brzmiał jak najbardziej przekonująco, żeby mieszkańcy musieli uwierzyć w to, co im powie. – Moja… towarzyszka zginęła, matka i brat tego dziecka też. Jeden z bandytów uciekł. Nie wiem, czy ona ma tu jakąś rodzinę… – wypchnęła dziewczynkę przed siebie, jakby mała była tarczą, która obroni ją przed nieufnością ludzi.

Krąg twarzy przybliżył się.

– Kłamiesz! – ciszę rozdarł histeryczny krzyk, to wrzeszczała jakaś kobieta. – To drow, na pewno sama ich zabiła! Zabiła ich!- ten głos, skrzek nienawiści pomieszanej z przerażeniem brzmiał w uszach Viconii. Później miała go słyszeć jeszcze wiele razy.

– Czy przyprowadziłabym tu dziecko, gdybym zabiła jego rodzinę? – naziemcy byli głupsi niż sądziła. Odwróciła się i chciała odejść, ale drogę zagrodziły jej kolejne postacie o kartoflanych twarzach i tępych spojrzeniach. – Dajcie mi przejść. – dodała ostrzegawczo. Szkielet uniósł miecz do góry.

– Przeszukajcie ją! – odezwały się kolejne głosy z tłumu. – Na pewno ma klejnoty, które zrabowała!

– Brać ją!

– Nie pozwólcie jej uciec!

Viconia szacowała w myślach. Tłum napierał, szkielet zniknie, zostanie z niego kupka kości, gdy zaklęcie przestanie działać. Mogłaby walczyć, może udałoby jej się uciec ale co dalej? Spirala przemocy zacznie się nakręcać. Uciekła z Podmroku, tutaj też miała być wyjętym spod prawa banitą ?

– Dość!- z tłumu wystąpił starszy mężczyzna. Przygarbiony, pochylony, siwowłosy. Miał na sobie strój, który kiedyś mógł być kosztowny, teraz stał się najwyżej znakiem nieuchronnego upływu czasu. Wytarte mankiety kaftana, naddarte epolety boleśnie zwracały uwagę. Ludzie rozstąpili się przed nim.

– Pani… – zaczął. – Dziękujemy ci za uratowanie dziecka. Ale obawiam się, że musisz tu zostać… – wyciągnął ręce i przygarnął dziewczynkę, wpiła się palcami w jego koszulę, jej drobne ramiona drżały.

– Starcze… – kiedyś przed takim tonem jej głosu samce, jak ten padały na kolana. Teraz groziła jej banda wsiórów. – Chcesz, żebym zrównała tę dziurę z ziemią?

– Nieważne, co mówią o drowach, pani. Gdybyś była taka podła, jak głoszą opowieści, nie przyprowadziłabyś do nas dziecka. Ale… jeśli to, co mówisz jest prawdą to popełniono morderstwo, musi być sąd i kara. Wezwiemy Płomienną Pięść, złożysz zeznania, zaczną śledztwo. Zginęły osoby ze szlacheckiego rodu. Może i ubogiego, ale nie puścimy tego płazem.

– Nie igraj z ogniem starcze.

– Och pani, wiem, że dla ciebie zabić mnie, to jak splunąć. Ale… co dalej? Zabijesz nas wszystkich?

Viconia rozejrzała się po zgromadzonych twarzach. Malowały się na nich kolejno, odraza, przerażenie, niezdrowa ciekawość. Mężczyzna tulił dziewczynkę i głaskał ją po włosach. Ukryła twarz w skrawku jego koszuli. Nagle w ciszy nabrzmiałej na placu rozległ się jej płacz. Viconia westchnęła, opuściła broń.

– Wśród zabitych, w chacie jest kobieta, podróżniczka. To moja towarzyszka. Pochowajcie ją, zginęła broniąc dziecka.

Nie zabrali jej broni, nie odważyli się. Zamknęli ją w zapyziałym garnizonie. Siedziała w marnej kantynie, przy stole zbitym z nierównych desek. Dookoła walały się brudne naczynia, i podniszczona broń. Śmierdziało nadpsutym jedzeniem i alkoholem. Kilku stacjonujących żołnierzy, mężczyźni, którzy dawno przekroczyli siłę wieku i nieopierzeni rekruci wpatrywali się w nią wystraszeni i niepewni. Któryś z nich przyniósł jej posiłek, kubek wody i kromki czerstwego chleba. Spojrzała na strawę ze wzgardą, ale w końcu zjadła. Zapadła noc. Starsi żołnierze drzemali, młodsi grali w karty przy palenisku. Ich wykoślawione cienie tańczyły na ścianach. Drowka westchnęła. Jak mogła wpakować się w to gówno? Nie powinna im nigdy pozwolić wejść do tej posiadłości. Aiden powiedział, że chce zapytać, czy nie mają jakiejś pracy do zlecenia. Zgłupiał na widok paru błyskotek, Nomur i Edric – tępe pachołki, poszli za nim. W Reeth obudziły się uczucia i zapłaciła za to życiem. Nie poznała się na nich, wiedziała, że to najemnicy, sukinsyny bez serca, ale nie sądziła, że trafiła między najnędzniejszych opryszków. Viconia widziała w swoim życiu wiele potworności, całe rodziny wyrżnięte przez służki Lloth, kłamstwa i intrygi, które w mgnieniu oka zamieniały szlachetnie urodzonych w niewolników. Nigdy nie okazała litości w walce, brała udział w pajęczej sieci spisków oplatającej Podmrok. Wiele razy zakończyła czyjeś życie. Ale to było coś innego, zabicie kury domowej i nieodrosłego od ziemi dzieciaka dla kilku nic nie wartych błyskotek. To było… niegodne. Niegodne drowa.

Drzwi skrzypnęły. Żołnierze siedzący przy palenisku skinęli głowami. Wszedł starzec, przywódca miasta. Stanął w kącie izby, skinął na nią dłonią. Viconia podniosła się zza stołu. Wymownie odsłoniła głownię broni przy swoim pasie. Podeszła do niego.

– Czego chcesz naziemcze? – spytała.

– Nie zechciałabyś zamienić ze mną kilku słów, pani? – na jego pomarszczonej twarzy płomienie malowały refleksy.

– Co chcesz mi powiedzieć? Że już mnie osądzono i skazano?- warknęła. – Że muszę puścić tę mieścinę z dymem?

– Dobrze cię tu traktują? – jej wrogi ton nie zrobił na nim wrażenia.

– Co cię to obchodzi, samcze? – Viconię ogarniała coraz większa wściekłość. Dość tego. Spali tę budę i skończy z tym. Skoro drowy mają być nieczułe i okrutne to właśnie taka będzie.

Żołnierze nie oderwali się od kart. Nawet nie patrzyli w ich stronę. Starzec zniżył głos do szeptu.

– Byłem w chacie, widziałem, co tam się stało. Straszna tragedia… Ta rodzina, zubożała, nie stać ich już było na straż, ale wciąż myśleli, że są nietykalni, jak kiedyś… – ciągnął monotonnym głosem. – Tak jak mówiłaś zastaliśmy pięć trupów, dwóch mężczyzn, kobietę i matkę z dzieckiem. Jej dziadek był kiedyś panem tych ziem, ale to było tak dawno temu…

Viconia słuchała beznamiętnie, nie wiedziała, czemu starzec opowiada jej to wszystko.

– Ale obawiam się pani, że przeceniłem mieszkańców. W mieście wrze. Zanim zjawi się Płomienna Pięść może dojść do samosądu… – szeptem snuł słowa.

Drowka odwróciła się w jego stronę. W jej ciemnej twarzy błyszczały oczy.

– Chcesz mnie przestraszyć, samcze? To wy powinniście się bać. Obiecuję ci, że zanim padnę spalę tę całą nędzną dziurę.

– Źle mnie zrozumiałaś. – poczuła jak wciska jej coś do ręki. Jego skóra byłą szorstka i pomarszczona. W słabym świetle paleniska dostrzegła na swojej dłoni niewielki żelazny klucz. Poczuła ciepły, starczy oddech na policzku. – Na pewno się zorientowałaś, że w nocy nasi starzy strażnicy śpią, a młodzi… – wskazał na rząd pustych butelek, stojących pod ścianą. Będziesz wiedziała co robić.

Viconia wpatrywała się zaskoczona w mężczyznę. Najpierw chronił ją przed tłumem, teraz dał klucz. Dlaczego?

– Jeśli cię złapią, wyprę się tego, że dostałaś ode mnie klucz. Uciekaj stąd jak najdalej. Płomienna Pięść będzie cię szukać. Myślałem, że uda mi się ciebie ochronić, ale mieszkańcy nie słuchają mnie tak jak kiedyś… Nie tak to powinno wyglądać, wybacz.

Odwrócił się i zaczął powoli zmierzać w stronę wyjścia. Jeszcze raz spojrzała w jej stronę i ich wzrok skrzyżował się. Ona wiecznie młoda i piękna, którą omijał czas i on, stary człowiek, którego bieg lat coraz mocniej nieuchronnie przyginał do ziemi. Wszedł w smugę cienia, obok drzwi, gdzie nie dosięgało światło z paleniska. Nagle zakaszlał i ten atak duszności zatrzymał go na chwilę. Tuż obok niego znalazła się mroczna elfka.

– Dlaczego…? – zapytała szeptem. Zadała to pytanie już wcześniej, Aidenowi. Ale on okazał się żałosnym sukinsynem. Teraz też było jej ciężko uwierzyć w szczere intencje starca. Może ucieknie z garnizonu, a na zewnątrz będzie na nią czekał pluton egzekucyjny.

– Ponieważ nie zawsze byłem tylko starym człowiekiem rządzącym podupadłym miastem. – odwrócił się w jej stronę i w blasku płomieni zajaśniał jego słaby, zmęczony uśmiech. – Ocaliłaś życie tej dziewczynki. Dziękuję.

Pożegnał strażników skinieniem głowy. Drzwi zamknęły się za nim. W ciszę panującą w izbie wdzierały się trzask drewna, syk płomieni i monotonne głosy karcianej licytacji.

Zasnęli. Wszyscy. Starsi zmożeni wiekiem, młodsi zmożeni winem. Viconia otworzyła drzwi, wymknęła się i zniknęła w mroku nocy. Uciekała trzymając się z dala od utartych szlaków, kluczyła bezdrożami. Nocowała w lasach, unikała ludzi jeszcze bardziej niż dotąd. Nie było konkretnego miasta, czy wioski do którego chciałaby dotrzeć. Był tylko jeden cel. Przeżyć.

W końcu schwytali ją żołnierze Płomiennej Pięści. To ona była oskarżona o zabójstwo. Ale wtedy pojawiła się Steele. A potem Viconia już nie była wyrzutkiem, bo tutaj tak samo jak w Podmroku, razem z grupą o naostrzonych mieczach i wypchanych sakiewkach przestawało się być banitą.

Teraz stał przed nią Aiden, sukinsyn, który zaczął to wszystko. Przez niego zasypiała mając za poduszkę gałąź, a za koc własny płaszcz. Przez niego na moment jej życie zostało sprowadzone do walki o przetrwanie, krycia się jak zwierzę. Wytarł z twarzy alkohol, którym go oblała. Poczuła na sobie spojrzenia stojących dookoła najemników, Renlava, Imoen i Steele.

– Nie spodziewałeś się, że jeszcze się spotkamy, śmieciu? Miałeś nadzieję, że w mieście rozszarpią mnie na strzępy?- cedziła słowa. Aiden nie dał nic po sobie poznać.

– Ta kobieta bredzi. – machnął dłonią, jakby opędzał się od obecności Viconii i wszystkiego co ze sobą przynosiła. Schował broń. – Widzę ją pierwszy raz w życiu.

– Może i pierwszy. – warknęła drowka. – Na pewno ostatni. Zadbam o to, żeby to był ostatni raz, kiedy oglądam cię na oczy, samcze.

Na dźwięk tej groźby wyciągnęły się miecze, najemnicy Entara stanęli za swoim porucznikiem. Renlav i Steele musieli uspokajać sytuację. Elfka odciągnęła Viconię na bok.

– Kim on jest? – wyszeptała jej do ucha. Nigdy jeszcze nie widziała drowki tak wściekłej. Jej twarz stężała, przypominała maskę. Zacisnęła pięści. Nie odpowiedziała.

– Viconia, kim on jest?

– Podróżowaliśmy razem. Ja on, dwóch mężczyzn i kobieta. Napadli na dworek, zubożałych szlachciców. Kobieta postawiła się, nie chciał im pomagać. Zabili ją i wymordowali całą rodzinę. W mieście oskarżono o to mnie. – spojrzała Steele w oczy. – Chciałam ich powstrzymać. Z całej rodziny przeżyła tylko dziewczynka.

– Załatwimy to, ale nie tutaj i nie teraz. Ma pod sobą ze dwudziestu ludzi. – tłumaczyła ściszonym głosem Steele. – Pojmali Tazoka. Chcę wiedzieć o co chodzi.

Viconia odprowadziła wzrokiem Aidena, żołnierze poklepywali go po plecach, śmiali się. Któryś podał mu manierkę, Aiden pociągnął tęgi łyk. Też spojrzał w jej stronę, ponad głowami żołnierzy, więźniami w pętach i i trupami.

– Może nie tutaj i nie teraz. – wyszeptała mroczna elfka. Jej słowa słyszały tylko stojące obok Steele i Imoen. – Ale przysięgam, że go zabiję.

Rozdział 13

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , ,

Korytarz, tunel ciągnący się dokąd sięgał wzrok. Ciasny, ciemny, niewygodny. Jasny punkt na końcu tunelu. Uciekać. Do wyjścia. Musi tam dotrzeć. Do jasnego punktu. Do światła.

Przedzierała się na łokciach i kolanach, przejście było na wpół zawalone odłamkami skalnymi i gruzem. Odrzucała je, raniły jej ręce, jej palce krwawiły. Musi się wydostać. Musi się wydostać. Do światła.

Na wpół wyczołgała się, na wypełzła na zewnątrz. Upadła, twarzą w piach, z wysiłkiem podniosła się na kolana. Za nią ział czarny wlot tunelu, niby rozdziawione usta. Uciekać. Musi uciekać jak najdalej od wyjścia. Zanim ktoś przyjdzie tu za nią.

Zamiast się ruszyć klęczała przytłoczona powodzią, natłokiem dźwięków i kolorów. Wszędzie dookoła zieleń, intensywna soczysta zieleń, kuła ją w oczy. Przestrzeń, rozpościerający się dookoła horyzont. Nieograniczony skalną kopuła, pod którą spędziła całe życie. Nad nią zalew błękitu, a centralnie w tym błękicie świecący jasny punkt. Czytała o tym, to słońce. Jego promienie zalewały wszystko, oślepiały ją, łzy ciekły jej po policzkach. Podświadomie bala się, że zaczną palić jej skórę. Wbiegła w gęstwinę drzew. Naciągnęła kaptur, żeby nikt nie widział jej twarzy. Ciemnej, niemal granatowej skóry, wymykających się spod kaptura białych włosów.

Viconia obudziła się. Spali przy ognisku, Kagein i Kivan czuwali. Co jakiś czas w snach, wracał do niej moment wydostania się z Podmroku, kiedy stanęła pierwszy raz twarzą w twarz, ze słońcem, niebem, roślinami. Nad sobą miała ciemną przestrzeń usianą świetlistymi punktami. Niebo. Gwiazdy. Ten widok był dla niej wciąż tak obcy. Zasypiając miała podświadomie nadzieję, że obudzi się w Podmroku, że kiedy nad jej głową nie będzie otwartej przestrzeni, tylko skalne ściany wreszcie poczuje się bezpiecznie.

Ale tak się nigdy nie stanie.

Nigdy nie wróci do tych, którzy byli jej najbliżsi, nie zobaczy ich twarzy, nie usłyszy głosu. Większość z nich nie żyje. Pamiętała… Kapłanki Lloth, swoich przyjaciół i rodzinę wyrżniętych, albo zakutych w kajdany i tą jedną myśl, uciekać, uciekać, uciekać jak najdalej.

Jakimś cudem jej się udało.

Na powierzchni panuje przekonanie, że drowy są nieczułe, okrutne, bez serca. To nie do końca prawda. Ich uczucia kryją się za fasadą kultu siły, gdzie każde najmniejsze potknięcie może sprowadzić podejrzenie, że jesteś za słaby, za miękki. Za wszechobecnymi rządami Lloth, które premiują tylko silnych, spychając słabych na margines życia. Viconia pamiętała jak to jest kogoś lubić, pamiętała nawet jak to jest kogoś kochać. Ale to wszystko odeszło.

Zresztą, czy jej dom różnił się tak bardzo od tego miejsca? Czy tutaj, czy w Podmroku wszyscy walczyli, cierpieli, nienawidzili i umierali tak samo. Wszędzie życie sprowadzało się do walki o przetrwanie, złapania kilku chwil przyjemności, zanim zamienisz się w kupę kości.

Uratowała Steele nie dlatego, że nagle na powierzchni jej serce zmiękło, tylko z czystej, zimnej kalkulacji. Elfka przyjęła ją do drużyny, wyciągnęła do niej rękę. Ryzykowała dla niej własne życie. Odkąd opuściła Podmrok, nikt poza Steele nie zrobił dla niej czegoś takiego. Bez Steele, bez tej gromady naziemców byłoby jej znacznie trudniej przetrwać.

Driada… Siedziały z Imoen ukryte w krzakach, nie wiedząc co robić. W końcu Viconia zaryzykowała. Imoen rzuciła na nią czar, który sprawiał, że w oczach postronnych osób urastało się do rangi, bohatera, niemal półboga. Trwał krótko, ale drowka zdołała przekonać nimfę, że jej dzieci są w niebezpieczeństwie. I że musi natychmiast przenieść je wszystkie w miejsce, gdzie gromadzą się strażniczki lasu. Potem rozpętało się piekło. Nie miała wyrzutów sumienia. Lepiej dla królowej, że zginęła, niż miałaby tkwić pogrążona w obłędzie.

Viconia podróżowała samotnie, podążały za nią spojrzenia. Niektóre obojętne, niektóre zaciekawione, niektóre wrogie. Nie miała wielu monet, używanych tu, na powierzchni, więc musiała sprzedawać swój dobytek. Klejnoty, które udało jej się zabrać, wszystkie kupowali wiejscy sprzedawcy, o zarośniętych twarzach, proponujący o wiele niższą cenę, niż to było warte. Kłóciła się z nimi, któremuś nawet splunęła w twarz, ale każdy z nich pochylał się nad nią z tym samym chytrym, obleśnym uśmiechem i mówił:

– Albo mi to sprzedasz, albo nikt inny tego od ciebie nie kupi…

W bezsilności gryzła palce, ale sprzedała. Musiała mieć co jeść.

Szła traktem samotnie, był już wieczór. W ostatnim miasteczku karczmarz nie pozwolił jej się zatrzymać w gospodzie. Głupie, tępe, wrogie spojrzenia ludzi dotykały jej, zatrzymywały się na niej. Na wszystkim, co było odmienne od ich grubo ciosanych, kartoflanych twarzy, kanciastych dłoni, pochylonych pleców. Odeszła stamtąd złorzecząc im wszystkim.

– Pani! Pani!- na skrzyżowaniu, przecinającym trakt, zza zasłony drzew wyłoniło się kilka postaci. Viconia rozejrzała się. To ją wołali.

– Pani… – wystąpił najwyższy z nich, mężczyzna w średnim wieku. – Wiesz może, czy ta droga prowadzi do Greenest? – miał krótko przycięte włosy i brodę, był w pełnym rynsztunku. Wyglądał na wojownika. Towarzyszyli mu kobieta i dwóch mężczyzn, ona w szatach maga, ich stroje wskazywały raczej na wojowników.

– Nie jestem… stąd… – odpowiedziała wymijająco. Znowu naciągnęła kaptur na twarz.

– Oczywiście, oczywiście… wybacz, że cie niepokoiłem. – gładkie słowa wypływały z jego ust, rozbiegane oczy taksowały jej twarz. – Podróżujesz samotnie?

– Co ci do tego? – odparła szorstko. W ostatniej chwili ugryzła się w język, by nie dodać „samcze”. To by ją zdradziło od razu.

– Nic, nic, oczywiście nic. – podniósł ramiona do góry, w przepraszającym geście. – Po prostu rzadko zdarza się w takiej dziurze spotkać kogoś o tak niezwykłym… pochodzeniu.

Więc wiedział. Viconia położyła ostrzegawczo dłoń na rękojeści sztyletu. W myślach przeklęła prymitywną broń naziemców. Całe swoje najlepsze uzbrojenie musiała zostawić w Podmroku, tu, na powierzchni w promieniach słońca rozpadłoby się w pył.

– Co teraz, wyprujecie mi flaki, a moją głowę zatkniecie na pal na jakimś pieprzonym zadupiu? A potem urządzicie sobie festyn?- zacisnęła palce na rękojeści. Czworo. Jeśli uda jej się rzucić zaklęcia przywołania, albo sprowadzić na nich ślepotę może ma szansę. Może. Jeśli któryś z nich nie zabije jej pierwszy.

– Skąd ten pomysł. – uśmiech na twarzy mężczyzny stawał się coraz szerszy.- Nie zechciałabyś… przyłączyć się do nas?

– Viconia zrobiła krok do tyłu. Otworzyła usta, ale nie potrafiła zebrać myśli w słowa.

– Aiden, co ty…? – zaczął któryś z grupy.

– Jesteśmy tylko zwykłymi poszukiwaczami przygód, podróżujemy od miasta do miasta, przyjmujemy zlecenia… To nie najłatwiejszy kawałek chleba, ale ty pani nie wyglądasz na kogoś, kto chce się zamknąć w domu z gromadką dzieci. Czy może się mylę?

Dom, gromadka dzieci. Może dobrze by jej to zrobiło, kto szukałby Viconii DeVir w okopconej chałupie, z bachorami na kolanach i przy piersi.

– Uciekasz przed czymś… ale nie będziemy pytać. – wskazał na swoich towarzyszy, którzy przyglądali się mrocznej elfce z mieszaniną nieufności i zaciekawienia. Zmierzamy do Greenest. To pobliskie miasto.

– Czemu mi to proponujesz? – spytała. Spojrzała mu prosto w oczy, ściągnęła z głowy kaptur. Dość ukrywania się. Wiatr rozwiewał jej włosy, białe pasma wpadały jej do oczu.

– Szkoda by było… gdyby dumna mroczna elfka została zarżnięta na byle gościńcu przez bandę łajz, czy wsiórów, którzy się jej przestraszą.

– Umiem o siebie zadbać. – w myślach gorączkowo szacowała to, co jej proponował, rachunek zysków i strat. Na razie wychodziło na zero.

– Nie wątpię. Ale tutaj jesteś sama. Drowy mają okropną reputację, ale tu, na powierzchni, jest wielu wcale nie lepszych.

Zacisnęła pięści. Patrzyła na tych czterech obcych ludzi, na ten cholerny obcy świat ze słońcem, księżycem, gwiazdami, roślinami i zwierzętami, których nazw nie znała. Tak obcy od Podmroku, a zarazem tak podobny, zabij, lub zostań zabity.

– Daj spokój, niech idzie w swoją stronę, najwyżej jacyś gnoje z gościńca poderżną jej gardło. – machnęła ręką kobieta.

– Jeśli liczycie na to, ze wbijecie mi nóż w plecy jak zasnę, a przy mnie znajdziecie jakieś pieprzone skarby czarnych elfów, to zapomnijcie.- warknęła Viconia.

– Temperament drowów. – uśmiechnął się przywódca. – Jestem Aiden.

– Yathrin. – skłamała, to słowo w języku mrocznych elfów to słowo oznaczało po prostu kapłankę, ale skąd te prymitywy mogły o tym wiedzieć.

Aiden, Edric, Nomur, Reeth. Spędziła z nimi miesiąc, ucząc się tego dziwnego, prymitywnego świata, gdzie kąpiel była przywilejem, gdzie tkaniny były szorstkie, posłania niewygodne, język kaleczył jej uszy. Gdzie musiała się oduczyć patrzenia na mężczyzn z góry i wydawania im rozkazów. Poznała swoich towarzyszy. Aiden, mający się za nie wiadomo kogo. Chętnie rozłożyłby jej nogi, gdyby mu tylko pozwoliła. Edric i Nomur, dwa tępawe osiłki. Reeth, za dużo mówiła, lubiła zbyt dużo wypić, ale w głębi serca dobrą dziewczyną. To ją zgubiło.

– To tutaj. – powiedział Tranzig.

Leżeli na brzegu wąwozu, w oddali w dole widać było obozowisko. Kilkanaście namiotów, poruszające się sylwetki. Zbyt daleko, żeby dostrzec jakieś szczegóły. Zaczynało się powoli ściemniać.

– Zaczekajcie tutaj. – Steele pewniej przymocowała sztylet przy pasie.

– Schodzisz tam? – Imoen złapała ją za ramię.

– Nie pójdziemy tam wszyscy. Zobaczę jak to wygląda i wrócę.

– Idę z tobą. – Kivan podniósł się. Nie rozmawiali od czasu tamtej nocy. To znaczy nie rozmawiali normalnie. Półsłówka, dziękuje, proszę. Steele zrobiła to, co zwykle. Zepchnęła swoje uczucia na samo dno świadomości. Nie chce rozmawiać? Proszę bardzo. Nie przyznała się nikomu, do tego co się stało.- Tam jest Tazok. – dokończył.

O to mu chodziło, zawsze o to samo, zemsta, powinność, obowiązek. Kivan – zawsze taki sam, nieskalany, dobry prawy. Zawsze. Oprócz tej jednej nocy, kiedy ją pieprzył.

Ześlizgnęli się w dół parowu, czołgali się w trawie. Spokojnie, be z pośpiechu, bezszelestnie. Nie dać się zauważyć, nie dać się złapać. Obóz coraz bardziej przybliżał się ich oczom. Krzątający się ludzie, unoszące się dymy. Zaraz…

Musiała tu się odbyć bitwa, po obozowisku walały się ciała zabitych, siedzieli związani jeńcy. Wszędzie smród krwi, ślady walki. Steele zatrzymała wzrok na przechodzących mężczyznach, którzy znaleźli się w polu widzenia. Nie wyglądali na opryszków, bandytów rabujących po lasach i gościńcach, przypominali raczej żołnierzy zaciężnej armii, albo najemników. Dobrze uzbrojeni i umundurowani. A ci w pętach…? Podniszczone zbroje, zarośnięte twarze. Jakby ostatnie miesiące spędzili w głuszy. O co tu do cholery chodzi? Nagle mignęła jej znajoma twarz, nie chciała wierzyć własnym oczom. Co on tu robi…?

– Kivan!- elf zerwał się, rzucił się do przodu. Steele za nim. Przewróciła go na ziemię. W samą porę, przywitał ich grad strzał.

– Co ty wyprawiasz? – warknęła mu prosto w ucho.

– Tam… jest Tazok.

Na powitanie wyszło im trzech mężczyzn. Mieli w rękach kusze. Stali przed nimi, jak przed plutonem egzekucyjnym. Steele opierał się na Kivanie, oddychali ciężko. Cudownie, przez tego idiotę zaraz zginą.

– Zaczekajcie… – pamiętała ten głos. – To pomyłka, to nasi… przyjaciele… – kusznicy opuścili broń, zza ich pleców wyszedł mężczyzna. Pamiętała ten głos, uśmiech, bliznę. Renlav!

– Witaj, skarbie. – posłał jej swój kolejny krzywy uśmiech. – Trochę się spóźniliście.

Kivan w ogóle ich nie słuchał. Jak w transie wszedł w środek obozu, między trupy, walającą się broń, jeńców, płonące ogniska, roztrzaskane namioty. Wyciągnął miecz.

– Kivan!

Ogromny półork klęczał związany, pod strażą trzech gwardzistów. Broczył krwią z licznych ran, krępowały go więzy, ale patrząc na jego posturę miało się wrażenie, że powinno się go przykuć łańcuchami. Toczył półprzytomnym wzrokiem. Elf podszedł do niego, cały się trząsł.

– Kivan! – chyba nawet jej nie słyszał.

– Spójrz na mnie śmieciu! – elf stanął nad skrępowanym jeńcem. Drżał. – Pamiętasz mnie? Spójrz na mnie!

Steele i Renlav wbiegli miedzy Kivana a strażników, z którymi zaczął się przepychać. Półork rozglądał się tępo, z ust ciekła mu ślina zmieszana z krwią. Nie zatrzymał na nich wzroku.

– Kivan, przestań!- starała się odepchnąć elfa.

– Chłopcze, odsuń się, gnojek dostał w głowę, nawet nie rozumie, co do niego mówisz!- wtórował jej Renlav.

– Spójrz na mnie… skurwysynu!- Kivan splunął Tazokowi w twarz. Ślina ściekała półorkowi po policzku. Nawet nie odwrócił głowy.

– Zabijesz go teraz, jak jest związany i co? Potem nie spojrzysz sobie w twarz.- Steele chwyciła elfa za ramiona, wpiła palce w jego płaszcz. – Zastanów się do cholery!

Jak dobrze go znała, wiedziała dokładnie co dzieje się w jego głowie, jak pragnienie zemsty walczy z honorem i sumieniem. Pomścić śmierć tamtej – oczywiście, ale w równej walce, a nie podrzynając gardło związanemu przeciwnikowi. Nigdy by sobie tego nie wybaczył. Trzymała go w ramionach, czuła jak się trzęsie, zaciskał kurczowo palce na rękojeści miecza, nagle rozluźnił uchwyt. Oddychał ciężko. Nie patrzył jej w oczy. Schował miecz do pochwy. Puściła go.

– Aiden, co ty wyprawiasz? – Viconia stoi w jakimś podniszczonej posiadłości lokalnej, podupadłej szlachty. Sprzęty, podłoga, meble noszą ślady dawnej świetności, która nieubłaganie minęła. Ich marne świecidełka przyprawiłyby możnych Menzoberranzan co najwyżej o śmiech. Naprzeciwko niej trzech uzbrojonych mężczyzn. Aiden – jak zwykle zadowolony z siebie, Edric i Nomur – z okrutnym, bezmyślnym wyrazem wyciśniętym na twarzach. Biedna Reeth już nie żyje, jej ciało leży obok. Kobieta, którą Aiden trzyma w uścisku i przystawia jej miecz do szyi trzęsie się ze strachu. Tak samo dwójka jej dzieci, chłopiec i dziewczynka.

– Spokojnie, powiedziałem tylko, żeby oddała nam kosztowności. – głos Aidena jest powolny, miarowy, jednostajny. Kobiecie łzy płyną jej po policzkach.

– Nie musimy tego robić… – zaczyna Viconia.

– Panie, naprawdę, przysięgam, nie mam nic więcej… – słychać łkanie.

– Oczywiście, oczywiście…

– Aiden!

Renlav nie chciał powiedzieć wszystkiego. Uprzedzili ich. Ludzie, z którymi przybył to najemnicy Entara Srebrnej Tarczy, jakiegoś lokalnego możnowładcy. Tazok porwał jego syna. Wywiązała się bitwa, mieli liczebną przewagę, rozbili ludzi półorka. Złodziej zbywał jej pytania. Jak tu dotarli, jak znaleźli drogę, czemu nie powiedział od początku, że też tu zmierza.

– Za dużo chciałabyś wiedzieć, skarbie. – odpierał z uśmiechem strumień jej słów.

Steele chciała zostać sam na sam z Renlavem, przyprzeć go do muru. Zmusić go żeby przestał chować się za złośliwymi uśmiechami i ciętymi ripostami. Reszta drużyny zeszła na dno wąwozu. Mimo, że Tazok był w pętach, Tranzig starał się, jak mógł, żeby półork go nie zauważył, schodził mu z oczu. Chciał jak najszybciej wyjechać. Steele rozglądała się, taksując wzrokiem łupy, zdobyte przez najemników. Żałowała, że nie wpadły w ich ręce.

– Gdzie jest Coal?- wspólnie z Imoen i Viconią przechadzały się po obozie. Kivan gdzieś zniknął. Miała nadzieję, ze nie zrobi nic głupiego. Robiło się coraz ciemniej. Pewnie tu zanocują.

– Odesłałem dzieciaka do Wrót Baldura, tu jest zbyt niebezpiecznie dla niego. Widzę, że masz do niego słabość. – uśmiechnął się złodziej.

– Nie, ja… – zmieszała się rudowłosa.

– Witajcie. – podszedł do nich mężczyzna w zbroi, niosący tacę z jakimś trunkiem.- Renlav, za nasze zwycięstwo i za twoich gości. – zakończył z uśmiechem.

– To porucznik najemników Entara. – przedstawił nieznajomego Renlav – Świetnie się spisał podczas bitwy.

Wszyscy wznieśli puchary. Nagle Viconia zatrzymała wzrok na twarzy żołnierza. W jej spojrzeniu omalowało się kolejno zaskoczenie, niedowierzanie, a potem wściekłość.

– Ty gnoju!- chlusnęła mężczyźnie winem w twarz. – Ty parszywy śmieciu!

Porucznik złapał za broń, ale przed drowką stanęły Steele i Imoen. Twarz Renlava stężała, przyglądał się im zaskoczony.

– Viconia, o co chodzi, kto to jest? – zaczęła Steele. Nigdy jeszcze nie widziała mrocznej elfki tak wzburzonej.

– Dzieciobójca.

Rozdział 12

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Pocałowała go. Kivan spojrzał na nią zaskoczony. Zrobiła to jeszcze raz. Wtedy oddał pocałunek, potem następny i kolejne. Przyciągnął ją do siebie, jego język w jej ustach, jej język w jego. Chciała tego, musiała tego chcieć, nie broniła się, kiedy ściągał ubranie najpierw z niej, potem z siebie. Pieścił jej piersi, wsunął dłoń między jej nogi, a potem pod bieliznę. Ona oddawała pieszczoty, dotykała Kivana, smakowała jego skórę, kilka razy go ugryzła. Chciał ją mieć, tutaj, teraz, musiał ja mieć. Zdjął z niej spodnie i bieliznę i nagle za dłońmi Kivana podążyły jego usta i język. Powtarzała jego imię. Kivan, Kivan, Kivan… Pocałował ją w usta i powiedział jej imię. Steele…

Driady nie mają imion. Nie potrzebują ich, tak samo, jak drzewa. Każda wie, kim jest, nie muszą tego nazywać. Ta z driad, która to zaczęła nie miała wyrzutów sumienia. Drzewo, powiedziało jej o nich wszystko.

Elf, z maską opanowania na twarzy, zdruzgotany w środku. To co się stało, nigdy się nie zaleczy. Może to ukryć, za osłoną rezerwy, potem rezerwa zmieni się w cynizm, a na końcu cynizm w zobojętnienie. Zapomni, że miał kiedyś jakieś uczucia, zapomni jaki był początek tego wszystkiego. Albo pewnego dnia tłumiony gniew wybuchnie w nim, wzbierze jak fala i będzie tylko szukał okazji jak ze sobą skończyć, w ślepym pędzie do autodestrukcji.

Elfka, też z raną w sercu, które z biegiem czasu będzie kamieniało coraz bardziej, aż w końcu całkiem stwardnieje. Zrobi wszystko, byle już nigdy nie poczuć się jak tego dnia, kiedy była tylko małą, bezbronną dziewczynką, próbującą płaczem przywrócić ojca do życia.

Driada uznała, że oddała obojgu przysługę. Uratowała ich. Poza lasem nie czekało ich nic dobrego. Ludzie nigdy nie oznaczali niczego dobrego, dla dzieci natury. A nimi przecież były elfy. Tutaj, będą strzec puszczy, strzec driad, ich życie będzie wyznaczał prosty rytm. Sen, posiłek, walka, odpoczynek. Żadnych dylematów, wątpliwości. Tak niewiele, tak prosto. W końcu będą szczęśliwi. Bez tego całego bagażu przeszłości, nieustannie depczącego po piętach, uwierającego, nieustannie podążającego za nimi.

Drzewo powiedziało driadzie o czymś jeszcze. O uczuciu, które, nieproszone wykiełkowało gdzieś na dnie serca elfki, ale zamiast pozwolić mu rozkwitnąć, przycinała je za każdym razem, gdy podnosiło głowę. Ze strachu, żeby tylko nie przysporzyło jej cierpienia. I o pragnieniu, jeszcze bardziej tłumionym, które było we krwi elfa, płynęło w jego żyłach. O prostej chęci, żeby ją mieć, być w niej, słyszeć jak krzyczy jego imię. Żeby ją pieprzyć. Ale to pragnienie zostało wyparte, zakrzyczane przez wyrzuty sumienia, wspomnienia, poczucie obowiązku. Ale wciąż było, tliło się pod jego skórą. Wystarczyła pieśń, żeby je obudzić.

Steele ocknęła się w zupełnie innym świecie. Nie było przeszłości, przyszłość była jasno określona. Strzec puszczy, strzec driad, być z Kivanem. Nimfy otoczyły ich kręgiem, całowały w policzki, obejmowały. Byli częścią rodziny. Tak było od zawsze i tak miało być już zawsze.

Na polanie zjawiły się kolejne strażniczki lasu, przyprowadziły kobietę i dwóch mężczyzn. Obcy. Spoza lasu. Toczyli dookoła błędnymi spojrzeniami, chwiali się na nogach. Steele wyjęła sztylet, chciała z nimi skończyć, jeśli nimfy jej tak rozkażą. Przecież żyła, żeby je chronić. Ale przywódczyni driad przytrzymała jej dłoń i uśmiechnęła się. Jej brązoworude włosy połyskiwały, skórę miała jasną jak kora brzozy.

– Zobaczymy, może też zostaną z nami – powiedziała.

Te nimfy, które do nich dołączyły wspominały, że byli jeszcze jacyś obcy, ale nie poszli za śpiewem. Nieważne. Nie będą stanowić zagrożenia.

Była już noc, driady zamknęły się w swoich drzewach, ułożyły do snu. Zostali zupełnie sami. Położyli się w trawie, otulili ubraniami i wpatrywali w niebo. Rano wyruszą, patrolować las.

Steele nie pamiętała skąd go zna. Nie zastanawiała się nad tym. Musieli tu być razem od zawsze. Przyglądała się elfowi, podłożył rękę pod głowę, utkwił wzrok w górze. Wiedziała tylko jedno. Leżąc tutaj, obok niego była najszczęśliwszą osobą na świecie. Jeśli w ogóle istniał jakiś inny świat poza lasem.

Kivan rozkoszował się ciszą, bliskością przyrody. To do tego został stworzony, tu było mu najlepiej. Jego miejsce. Drzewa, zapach tętniącej życiem ziemi. I ta szczupła, kobieca sylwetka obok. Podskórnie czuł, że coś się ma wydarzyć, musi się wydarzyć. Coś buzowało w jego krwi. Coś czego pragnął, od tak dawna, od tak cholernie dawna…

– Kivan… – uniosła się na ręku i zebrała na odwagę. Nie było przecież nic złego w tym co chciała zrobić. Musi to zrobić. Musi spróbować.

– Tak?

Pocałowała go, raz i kolejny. Oddał jej pocałunki. Ściągnął z niej ubranie, potem z siebie. Dotykał jej, całował ją, smakował jej skórę. Ona jego. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej robiła coś takiego, ale wiedziała… instynktownie wiedziała co się powinno stać.

Kivan leżał na niej, dwa ciała splecione w jedno, w jednym rytmie. W ciszy i ciemności słychać było jak Steele jęczy, powtarza jego imię. Przyśpieszone oddechy obojga, gorączkowe pocałunki. Potem jak Steele krzyczy. W końcu zapanowała cisza.

Leżeli obok siebie, chłonąc własne ciepło. Oboje nie powiedzieli ani słowa. Kivan pocałował ją w czoło. Okryli się ubraniami.

Czuła jego ciepło i bliskość. Tak miało być już zawsze. Chciała coś powiedzieć, ale brakowało jej słów. Wprawdzie przeszłość dla niej nie istniała, ale czuła, że nigdy czegoś takiego nie przeżyła, najpierw fali pożądania, którego nie dało się opanować, a potem ulgi kiedy to pożądanie zostaje rozładowane w błysku przyjemności. Uczucia totalnej, zupełnej bliskości, kiedy od drugiej osoby dzieli cię tylko własna skóra. Szczęście, uniesienie, ekstaza.

Rankiem zjedli posiłek, przyrządzili go z zapasów, które mieli ze sobą. Kivan uśmiechnął się i objął ją ramieniem. Nie musieli wiele mówić. Steele uśmiechnęła się, odgarnęła włosy z jego policzka i swoimi ustami poszukała jego ust. Zaczęło się niewinnie, samo zetknięcie warg, ale już po chwili jego język był w jej ustach i poczuła tę samą znajomą falę ciepła, która ogarnęła ich wczorajszej nocy. Nagle, usłyszeli trzask, pękającej kory. Drzewo, rosnące naprzeciwko otworzyło się i wyszła z niego przywódczyni driad. Uśmiechała się.

Steele, w ramionach Kivana na moment się zmieszała. Miała wrażenie, że każdy może wyczytać z jej twarzy to, co wydarzyło się minionej nocy.

Driada podeszła do nich, tak lekko, że na leśnej ściółce nie było słychać jej kroków. Nachyliła się nad elfką i musnęła jej włosy.

– Cała promieniejesz. – powiedziała uśmiechając się.

– Ja…

Kivan przyłożył dłoń do serca i pozdrowił nimfę w elfim języku. Spojrzała na niego z uznaniem.

– Znalazłeś spokój? – zapytała.

– Tak pani… – położył rękę na ramieniu Steele. – Znalazłem… spokój.

Nagle ciszę przerwał trzask pękających drzew, padały na ziemię wyrwane z korzeniami, łamiąc się jak kruche patyczki. Zerwał się wiatr, ogłuszające, przenikliwe wycie. Sypał im piasek do oczu, chłostał po twarzy, niemal przewracał.

– Pani!- krzyknął Kivan.

Driada chwyciła ich oboje za ręce i pociągnęła do jednego z drzew, które jeszcze stało. Tuż przed nimi na ziemię zwalił się kolejny pień, Kivan zasłonił Steele. Ochlapała ich fontanna kory, ziemi i liści. Powietrze zgęstniało, wokół zapanowała ciemność. Leśna istota pociągnęła ich oboje za sobą, jak pływaków, szykujących się do skoku do wody i nagle pień rozwarł się, niczym właśnie otwierane wejście. Sekundę później wszyscy troje upadli na ziemię, tuż przed wielkim drzewem, tym najważniejszym pomnikiem lasu. Miejscem, gdzie przyjęto ich do rodziny.

Na środku polany stała ona. Driada, w poszarpanej odzieży, roztaczająca wokół siebie taką aurę władczości, że mimowolnie chciało się paść na kolana. Tkwiła w epicentrum, w oku cyklonu, dookoła szalały podmuchy wiatru, łamały się gałęzie, padały drzewa. Strażniczki lasu skuliły się, jak gromada wystraszonych dzieci, wpatrywały się w nią przerażone. Żadna jej nie zaatakowała. Gdy wygrażała pięścią przewracały się drzewa, gdy krzyczała wzmagał się wiatr. Nawet korona tego największego z drzew kołysała się niebezpiecznie, miedzy gałęziami, w ich uścisku tkwili uwięzieni intruzi, których wcześniej przyprowadziły driady. Słychać było ich krzyki.

– Chciałyście zabrać moje dzieci!- głos obcej driady przeciął powietrze.

– Nie… pani… nie… królowo – zaczęła jedna z nimf, przerażona, ubłocona, przypadła do ziemi w poddańczym geście.

– Chciałyście je zabrać! – gdy to wykrzyczała lunął deszcz.

– Steele!- usłyszała swoje imię, dopiero teraz zauważyła dwie sylwetki w pobliżu napastniczki. Wołała jedna z nich, dziewczyna o płomiennorudych włosach. Elfka była pewna, że widzi ją pierwszy raz na oczy.

– Zabij je!- krzyknęła przywódczyni driad. Tkwiła skulona w kucki, jakby niezdolna się ruszyć. Wpatrywała się tylko w groźną, nieubłaganą postać przed sobą.- Zabijcie je !

– Steele! Kivan! – krzyknęła znowu rudowłosa. Wyciągnęła do nich ręce.

Steele posłała w jej kierunku kilka noży do rzucania, wbiły się w drzewo, tuż obok dziewczyny. Z łuku Kivana wystrzeliły groty, ale dwie kobiece sylwetki schroniły się za siejącą spustoszenie nimfę. Do niej nie była się w stanie przebić żadna broń, odpychały ją podmuchy wiatru. Nagle, na sygnał którejś z driad gałęzie drzewa wypuściły uwięzionych. Teraz byli po ich stronie, po jedynej słusznej stronie. Steele widziała jak wysoka, jasnowłosa wojowniczka, okuta w zbroję jakimś cudem przedziera się do tej istoty. Wyskoczyła w górę, zamachnęła się mieczem, ale wtedy wprost na nią upadł pień drzewa. Zniknęła pod jego ciężarem. Nimfa jednym ruchem ręki wywołała wiatr, który powalił na ziemię następnego wojownika, krasnoluda, zakutego w stal i jego kompana, rudowłosego mężczyznę, w średnim wieku.

– Już jedno mi zabraliście! – krzyczała w furii. – Gdzie jest moje dziecko?

– Pani… – głosy driad niknęły w wichurze. – Ono… ono nie żyje…

Wpadła w szał. Rozpętało się piekło, jakby siły natury chciały ich zetrzeć z powierzchni ziemi. Steele nic nie widziała, strugi deszczu, piach i kora chłostały ja po twarzy. Przywarli do ziemi, razem z Kivanem, starał się ją zasłonić. Dookoła padały drzewa, z trzaskiem łamały się gałęzie.

– Zabraliście moje dziecko! Gdzie ono jest? – krzyczała.

– Czemu ją tu sprowadziłyście? – rozległ się głos przywódczyni driad. – Zabije nas wszystkich!

– Zdejmij z nich urok!- dobiegł Steele głos. To wołała druga z kobiet, które schroniły się za królową. O kogo jej chodziło? Jaki urok?

– Nie zatrzymacie jej!- krzyczała przywódczyni.

– Steele!- to znowu krzyczała rudowłosa. – To ja Imoen!

Imoen? Nie znała tego imienia. Zabiłaby je, zabiłaby je wszystkie – tą, którą nimfy nazywały „królową” i jej dwie towarzyszki byle chronić driady, ale nie mogła się ruszyć w panującej wichurze i chaosie. Mogliby spróbować uciec, gdyby nie, to, że wszystkie strażniczki lasu wydawały się sparaliżowane. A przecież mieli je chronić, tylko to się liczyło.

– Zdejmij z nich urok!

W panującej ciemności i strugach deszczu ledwo dało się coś zauważyć, ale Steele usłyszała , że przywódczyni driad zaczęła śpiewać. Ogarnęła ją wściekłość. Tkwili tu, na łasce tej obłąkanej istoty.

– Osłaniaj mnie. – odwróciła się do Kivana.

Ogromnym wysiłkiem rzuciła się do przodu. Walczyła z przeciwnym wiatrem. Driady. Musi je chronić. Śpiew stawał się coraz głośniejszy. Nagle Steele poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, że przestaje jej słuchać całe ciało. Upadła twarzą na ziemię. Świat rozmył się i zawirował.

Kiedy podniosła twarz, całą umazaną błotem i oblepioną trawą była już w zupełnie innej rzeczywistości. Uroki mają to do siebie, że nie wymazują z pamięci tego co się stało. Pamiętała. Driady zgromadzone w kręgu pod drzewem. Ich śpiew. Kivana i to co zaszło zeszłej nocy. Ale to był akurat najmniejszy problem…

– Imoen!- krzyknęła, podnosząc się na kolana.

W miejscu gdzie stała driada, wybuchnęła kula ognia. To Imoen, rzuciła zaklęcie stojąc za plecami tamtej. Powietrze eksplodowała żarem. W następnej chwili z dłoni rudowłosej trysnął strumień lodowatego zimna, mrożąc nawet rośliny stojące na jego drodze. A potem z jej palców wystrzeliły magiczne iskry, uderzając w powalone ciało. Uniosły się z niego smugi dymu.

Wichura ucichła. Drzewa przestały upadać. Deszcz ustał. Driada, królowa driad leżała nieruchomo na polanie pod wielkim drzewem, otoczona powalonymi pniami. Inne strażniczki lasu zbierały się dookoła niej. Steele kulejąc wstała, zobaczyła wyraz radości na twarzy Imoen. Przyjaciółka biegła w jej stronę. Steele odwróciła się i spojrzała na Kivana.

Nie patrzył na nią. Pamiętał. Musiał pamiętać.

Shar- Teel miała chyba złamane żebra, Kagien rozbitą głowę. Tranzigowi nic się nie stało. Tchórze zazwyczaj wychodzą cało.

Driady zgromadziły się dookoła leżącego ciała. Patrzyli na siebie ostrożnie – istoty lasu i ci, na których rzuciły urok, czy też chciały go rzucić.

– Co… co jej się stało? – zapytała Imoen patrząc na leżącą postać. – Skąd te dzieci…

– Królowa… zakochała się. Zaszła w ciążę, ale… dziecko urodziło się martwe… On ją opuścił… Postradała zmysły… Zabierała dzieci z wioski… nie mogłyśmy jej powstrzymać, to ciągle nasza królowa…

Viconia nachyliła się nad leżącą. Zbadała jej puls.

– Żyje. Co chcecie z nią zrobić? Należy do was. Jeśli odzyska przytomność…

– Drzewa… zawsze nas leczyły… ale odkąd to się stało z królową… nie zawsze potrafią… to jej mają obowiązek słuchać. Ciągle jest królową.

Strażniczki lasu zbiły się w grupę niczym wystraszone ptaki. Przywódczyni rozglądała się niepewnie dookoła. Odgarnęła włosy, lepiące się pasmami do jej twarzy i westchnęła. Wszystkie nimfy patrzyły na nią. Uklękła przed drzewem, pomnikiem przyrody, największym w całej puszczy. Złożyła dłonie.

– Proszę, pomóż. Proszę uzdrów królową…- powiedziała cicho.

Gałęzie wyciągnęły się niczym ręce, podniosły ciało. Gdy je opuściły, królowa była już martwa. Driady nie rozpaczały, nie płakały. Pochyliły się nad ciałem, każda go dotknęła. Przywódczyni pocałowała ją w czoło.

– Nie mogła… zostać uleczona… – powiedziała. – Tak było… lepiej.

– Dzieci są w lesie…- zaczęła Imoen. – Zostawiła je tam. Trzeba je zaprowadzić do wioski…

– Wiemy, gdzie są. Zaprowadzicie je. Nas… na pewno tam nie wysłuchają.

– Zgadzacie się? Tak po prostu, do cholery?- wybuchnęła Steele. – Czy znowu zaraz rzucicie na nas urok?

– Popełniłyśmy błąd… Chciałyśmy chronić las. Ale cały czas to ona rządziła, królowa… Las w końcu przestałby nas słuchać. Dlatego chciałyśmy, waszej pomocy… Teraz królowa nie żyje… Las będzie nam posłuszny… musi być. – dokończyła, ale w jej głosie nie było pewności.

– Pomocy? – Steele dopadła do nimfy, złapała ją za delikatne ramiona, potrząsnęła. Tamta unikała jej wzroku. Elfkę ogarnęła wściekłość. Ranni Shar- Teel i Kagein,
Imoen i Viconia, które mogli zabić, przecież chciała zabić Imoen! I Kivan unikający jej wzroku, patrzący gdzieś w bok… To wszystko, bo driady potraktowały ich jak pieprzone pionki na szachownicy, którymi można rozegrać partię. – Wzbierała w niej wściekłość. – Wiesz, co zrobiłyście?

– Chciałyśmy dobrze, dla lasu, dla puszczy. – nimfa w końcu spojrzała jej w oczy. Steele puściła ją. I tak tego nie zrozumie.

Jedna z leśnych istot zaprowadziła ich do miejsca, gdzie były dzieci. Schowane, za kolczastymi krzewami, działanie uroku ustało, krzyczały, płakały, chciały wracać do domu. Odprowadzili je do wioski. Opowiedzieli wieśniakom, co się stało. Pochmurne twarze mężczyzn przyjęły ich opowieść z niedowierzaniem, kobiety płakały i ściskały uratowane pociechy. Któryś z wieśniaków rzucił nawet półgębkiem, że może to oni odpowiadają za porwania. Atmosfera gęstniała. Zostawili wioskę w aurze nieufności, bez podziękowania, bez dobrego słowa, za to, co zrobili. Byli pewni, ze przy najbliższej okazji ciała kolejnych wieśniaków przeszyją strzały o liściastych lotkach.

Kierowali się na północ. Nastroje w drużynie były nie najlepsze. Imoen wprawdzie zachłysnęła się szczęściem, gdy udało się uratować ukochana przyjaciółkę, ale teraz przytłoczył ją smutek, gdy okazało się, że piękne driady, o których czytała w Candlekeep potrafią być tak okrutne. To ona musiała to przerwać, to ona zabiła królową. Nie opryszka, półorka, nieumarłego, ale piękną istotę, będącą częścią puszczy, częścią natury. Shar- Teel i Kagein byli wściekli, że dali się spętać urokiem. Nikt nie lubi wiedzieć, że można wejść do jego głowy i sterować nim jak pionkiem. Kivan milczał. Nie powiedział do niej ani słowa.

Zanim opuścili driady przywódczyni podeszła do Steele. Spojrzała jej w oczy. Na twarzy miała wyraz smutku.

– Chciałyśmy, żebyście znaleźli spokój. – powiedziała.

Rozdział 11

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Gałęzie wpijały jej się w ciało, głowa piekła od uderzenia, a w ustach czuła nieznośną suchość. Steele rozejrzała się dookoła i skrzywiła.

Chyba naprawdę lepiej być sukinsynem.

Oboje z Kivanem wisieli na drzewie. Największym, jakie dotąd widziała w puszczy. Musiało tu rosnąć od wieków. Trzeba było by kilku ludzi, żeby objąć ogromny pień, miało się wrażenie, że jego konary się nie kończą, pną się ku niebu coraz wyżej i wyżej. Nie byli przywiązani sznurami, ale trzymani w uścisku przez gałęzie, jakby drzewo było samoistną istotą, która gdy spróbują się wyrwać złapie ich, albo wyruszy za nimi w pogoń.

Niewiele pamiętała, od momentu gdy złapała Kivana za rękę. Zostało tylko wspomnienie zamykającego się tunelu, a następnie solidnego ciosu w głowę. Ocknęła się wisząc kilka metrów nad ziemią, nad polaną, w konarach. Obok wisiał elf, wciąż nieprzytomny.

– Kivan! – krzyknęła.

Chyba oddychał, ale wciąż się nie obudził. Cholera!

– Kivan! – znowu żadnej reakcji.

Imoen przetarła twarz, rozejrzała się niepewnie. Siedziała na szczycie parowu, w tym samym miejscu gdzie oddali driade drzewu. Na jej twarz padł cień, podniosła oczy do góry. Nad nią stała Viconia.

– Napij się. – mroczna elfka podała jej bukłak z wodą. Dziewczyna przytknęła manierkę do ust, przechyliła i przez chwilę łapczywie piła.

– Gdzie oni są? – bała się zadać to pytanie.

– Nie wiem, pobiegli za śpiewem. Tylko ciebie udało mi się przytrzymać. Może już nie żyją. – wzruszyła ramionami drowka. Wzięła od Imoen bukłak.

– Steele, musimy szukać Steele… – dziewczyna podniosła się z trawy. Kręciło jej się w głowie.

– Co chcesz zrobić?- odparowała mroczna elfka. – W lasie na pewno żyje masa driad, mamy się na nie rzucić we dwie?

– Musi być jakiś sposób… – zaczęła rudowłosa. – Czytałam w księgach, czytałam, że driady zbierają się przy swoim drzewie, największym w puszczy. Steele musi tam być, musiały tam ją zabrać. Porozmawiam z nimi, muszą zrozumieć…

– Skończysz jak tych dwóch, których widzieliśmy na ścieżce. – przerwała jej Viconia. -Mamy obie dać się zabić?

– Przecież możesz… odejść. – głos więzł Imoen w gardle.

– Jak sądzisz, jak długo przetrwałabym sama na powierzchni?- zapytała Viconia. – Parę dni, tydzień, miesiąc?

– Nie zostawię Steele. – Imoen wpatrywała się w drowkę. – Musi… być jakiś sposób.

Przez chwilę obie milczały. Nagle mroczna elfka roześmiała się. Jej śmiech dziwnie zabrzmiał, wśród odgłosów puszczy, szelestu liści, skrzeku ptaków, trzasku gałęzi.

– I tak sama pewnie zgubiłabym się w tym przeklętym lesie i coś by mnie pożarło. Dobrze, możemy zginąć obie. – słowa były cyniczne, ale w ironicznym uśmiechu Viconii kryło się coś krzepiącego.

Rudowłosa westchnęła z ulgą. Wprawdzie drowka czasem ją przerażała, ale jednak lepiej, a przede wszystkim bezpieczniej podróżować razem.

– Masz jakiś pomysł? – spytała Viconia? – Co dalej?

– Spróbujemy znaleźć Steele i Kivana. Może uda się odnaleźć tamtych. – Imoen bała się, zostały same, ale wierzyła, że Steele gdzieś jest, że nie dała się zabić. Gdyby tak było ona musiałaby coś poczuć, wiedziałaby, że przyjaciółce coś się stało. Wiedziałaby.

– No to na co czekamy? – Viconia uśmiechnęła się ironicznie.

Zeszły z trawiastego parowu w gęstwinę pni. Znowu wkroczyły między drzewa, pnącza, krzewy. Za nimi zamknęła się puszcza.

Leśne istoty wpatrywały się w nią. Piękne twarze, bez wyrazu mierzyły ją wzrokiem. Zgromadziły się na polanie, pod drzewem. Wśród nich była ta, którą Kivan oddał brzozie, na szczycie wąwozu. Jej rany i zadrapania zniknęły. Też patrzyła na Steele uważnie, czujnie, bez emocji.

– Puśćcie nas!- krzyknęła elfka. – Nie zrobiliśmy wam nic złego!

Znów te same obojętne spojrzenia, studiujące ją jakby była gadającym krzakiem, czy kamieniem. Steele ogarnęła wściekłość.

– Do cholery, gdyby nie my zgniłabyś w wiosce!- wykrzyczała swoją frustrację. Szarpała się bezskutecznie, starając się uwolnić.- Wypuście nas!

– Spokojnie… – zaczęła jedna z nimf, drobna, delikatna, o brązoworudych włosach i białej skórze.- Nie mamy złych zamiarów.

– Tak? – wybuchnęła Steele. – Uratowaliśmy jedną z was, a ona wciągnęła nas tutaj! Uwięziliście nas, mój towarzysz jest ranny…- wskazała na Kivana.

– Rzeczywiście, smutna pomyłka. – odparła driada. Nagle gałęzie trzymające elfa zatrzeszczały i opuściły go tuż nad ziemię. Strażniczka lasu ujęła jego twarz w dłonie, wyszeptała zaklęcie i nagle wyglądało na to, że wraca mu przytomność. Zbliżyła usta do jego policzka.

– Wybacz łowco. – wyszeptała. – Spotykamy się w przykrych okolicznościach.

– Kivan!- krzyknęła Steele. Niech on się wreszcie ocknie.

– Drzewo… przekazało nam co zrobiliście… – zaczęła ostrożnie driada. – Jesteśmy wdzięczne. Przepraszam, że was zaatakowałyśmy, wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy… Ale… nie możemy was wypuścić.

– Pani… – zaczął z wysiłkiem Kivan. – Czy to ty… władasz tym lasem…? Jesteś… królową.

– Królowa odeszła… – zaczęła nimfa. Na twarzy malował się wyraz smutku. – Nie ma już królowej. Wszystko się zmieniło. Dlatego… jesteście nam potrzebni.

– Dlaczego śpiew nie zadziałał na ciebie? – Imoen w końcu zebrała się na odwagę i zapytała. Szły z Viconią przez las. Być może to, co robiła było bez sensu, ale nie mogła tak po prostu zostawić Steele. Zresztą jak inaczej miałaby postąpić? Wrócić do wioski? Na pewne nie przyjęliby ich tam przyjaźnie. Zawrócić do traktu? Nie mogłaby spojrzeć sobie potem w oczy.

– W żadnej z waszych ksiąg, naziemcy, nie napisali, że mroczne elfy są odporne na magię?- zapytała szyderczo Viconia.

Szły przez las, przedzierając się w gąszczu roślin. Nawoływały zaginionych towarzyszy. Odpowiadało im tylko echo. Towarzyszyły im dwa szkielety, przywołane przez Viconię. Nieumarli wojownicy, z mieczami w kościstych palcach, o pustych oczodołach. Białe kości szkieletów spajała magiczna siła, wola kapłanki popychała je do działania. Ich ochrona, chociaż dosyć dziwnie być chronionym przez nieumarłych. Imoen przyglądała się szkieletom z zaciekawieniem i niezdrową fascynacją. Dotąd widywała je tylko podczas walki, kiedy Viconia chciała przeważyć szalę zwycięstwa na ich stronę. Wiedziała, że magowie, czy kapłani potrafią przywoływać najpotężniejsze istoty i zmuszać je do posłuszeństwa, ale sam widok szkieletów, trzask ich kości, puste wejrzenie oczodołów wciąż przyprawiał ją o gęsią skórkę.

Zaczynało się ściemniać. Dookoła żadnej odpowiedzi na ich wołania. Imoen w geście desperacji kilkakrotnie stanęła przed wielkimi, wiekowymi drzewami, wyrecytowała błagalną formułkę, skierowaną do driad, którą zapamiętała z jakiejś księgi. Zero efektu. Szkielety zamieniły się w połamaną kupkę kości, gdy zaklęcie, które je ożywiło przestało działać. Viconia nie siliła się już na złośliwości. Nie miała na to siły. Dookoła zapadła noc. Rozpaliły ognisko, obie usiadły na powalonym pniu i wpatrywały się w płomienie.

– Wyruszymy rano… – zaczęła Viconia. – Teraz jest zbyt niebezpiecznie.

Powiedziała to bez przekonania, jakby już uznała swoich niedawnych towarzyszy za martwych. Imoen wciąż wierzyła. Musiała wierzyć.

– Jakie… jakie jest Menzoberranzan? – zapytała nagle.

– Co…? – Viconia sprawiała wrażenie, jakby nie dosłyszała.

– Jakie jest Menzoberranzan? – powtórzyła rudowłosa.

– Czemu o to pytasz?- wybuchnęła drowka. – Szukamy twojej zaginionej przyjaciółki i reszty tych żałosnych naziemców, już dawno mogli skończyć ze strzałą w plecach. Co cię obchodzi Menzoberranzan?

– Po prostu chciałam… pomyśleć o czymś innym. – Imoen utkwiła wzrok w płomieniach.

Czytała o mieście drowów. Na ulicach, domach i świątyniach królował nieopisany przepych i niewyobrażalna przemoc. W myślach miała obraz metropolii, egzotycznej, obcej, pięknej i okrutnej.

Viconia milczała chwilę. Nagle machnęła ręką i westchnęła.

– Jest piękne. Akademia Arach-Tinilith, szkoła wojowników, Melee Magthere. Pałace, domy, świątynie… Wy, pod waszym nędznym niebem nigdy nie zbudujecie czegoś takiego… – w jej głosie było słychać mieszaninę dumy i goryczy.

– Czemu… czemu stamtąd odeszłaś? Z Podmroku? – coś mówiło Imoen, że nie powinna poruszać tego tematu, ale tak rzadko miała okazje zamienić na poważnie parę słów z Viconią. Drowka chowała się za ciętymi ripostami, złośliwymi uwagami, bezdusznymi komentarzami. Zrobiła z nich tarczę, dla tego co dławiło ją w środku.

– A jak sądzisz? Inaczej bym zginęła.

– Chcesz o tym opowiedzieć?

– Nie. A ty nie chcesz o tym słuchać.

Nagle, obie usłyszały śpiew. Poderwały się z miejsca. Ale ten głos był inny. Nie kusił, nie nęcił, nie wabił. Kojarzył się z głosem matki, śpiewającej dzieciom kołysanki. Powoli, ostrożnie kierowały się w stronę śpiewu. Przykucnęły pod osłoną krzaków. Odsłoniły liście i zobaczyły.

Na polanie tańczyły dzieci. Zwykłe dzieciaki, w podartych ubraniach, niektóre w łachmanach. Śmiały się i bawiły, ale na ich twarzach gościł wyraz nienaturalnego spokoju. Oświetlał je księżyc, ale padał też na nie blask emanujący od postaci, siedzącej pośrodku dziecięcego kręgu. To ona śpiewała.

To była nimfa. Dzieci przybiegały do niej, tuliły się do jej kolan, brała je na ręce. Polana tonęła w błękitnym świetle, Imoen i Viconia przyglądały się ukryte za zasłoną liści.

– Co się stało z królową? – pytanie Kivana zawisło w powietrzu. On i Steele nadal tkwili skrępowani w koronie drzewa. Strażniczki lasu przyglądały się im.

– Odeszła. Jest gdzieś w lesie, ale nie pamięta o nas. – zaczęła mówić drobna driada, która rozmawiała z nimi wcześniej.

– Ludzie w wiosce mówili, że ktoś porywa dzieci. Mówili, że to wy… – Steele przestała się szarpać. Kivan żył. Może uda się porozumieć się z nimfami.

– Królowa, zabrała dzieci… Prosiłyśmy ją, ale nie słuchała.

– Musicie powiedzieć ludziom w wiosce! Będą się na was mścić! Trzeba jej odebrać dzieci!- wybuchnęła elfka.

– Nie możemy wystąpić przeciwko niej. To ciągle nasza królowa… – leśna istota mówiła te słowa nienaturalnie spokojnym tonem, nie patrzyła w ich stronę.

– To jakiś obłęd. – wyszeptała Steele do Kivana.

– Spotykałem już driady. – odpowiedział również szeptem. – One nie są złe, tylko przestraszone…

– Las… pustoszą bandyci. Ludzie z wioski… Ciągle walczymy… Królowa nie będzie nas dłużej bronić. Bez niej jesteśmy coraz słabsze. Drzewa… nie będą nas leczyć… Potrzebujemy was… – spojrzała na nich, na twarzy miała wyraz zdecydowania.

– Czego od nas chcecie?- przerwała jej Steele.

– Driada położyła dłoń na policzku Kivana.

– Ty jesteś częścią lasu… A ty… – spojrzała w stronę Steele. – Ciągle szukasz swojego miejsca… Zostaniecie z nami.

– Co? O czym ty mówisz!- krzyczała Steele.- Puśćcie nas! – wyrywała się, szarpała, ale gałęzie trzymały ją w niewzruszonym uścisku. – Puśćcie nas do cholery!

– Pani! Nie rób tego!

Steele poczuła chłodny dotyk driady na twarzy. Nimfa pocałowała ją w czoło. Potem Kivana. Gałęzie znowu podniosły ich do góry, a w dole, na polanie driady zaczęły śpiewać.

Steele słyszała śpiew, wdzierał się do jej głowy, wspomnień, uczuć. Tłumaczył, że to miejsce to wymarzony dom, ten, o którym marzyła, odkąd opuściła Candlekeep. Że może tu zostać, na zawsze, bezpieczna, chroniąc driady, stworzyć nową rodzinę. Zostać na zawsze. Z Kivanem.

Steele walczyła z tym głosem, chroniła się we wspomnieniach o Candlekeep, o Gorionie,o Imoen. Powtarzała w myślach, że chce stąd odejść, nie może tu zostać. Powtarzała to sto, tysiące razy. W końcu zemdlała.

Rozdział 10

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

Pochłonął ich las. Tranzig wprowadził ich w ogromną puszczę. Steele oglądała takie miejsca tylko w książkach na ilustracjach, które przedstawiały śmiałków przedzierających się przez nieprzebyte bory. Drzewa dookoła sprawiały wrażenie jakby rosły tu od początku świata. Pokrywał je mech, gęsty jak koc, dawały schronienie nie tylko ptakom, czy zwierzętom, ale grzybom i pnączom porastającym ich pnie i konary. Wszędzie trwała walka o życie, starsze czy chore rośliny użyźniały glebę, z której wyrastały nowe, pnąc się łapczywie ku niebu. Puszcza wydawała się żywą, samoistną istotą. Dookoła rozbrzmiewał jej śpiew – szmer liści, trzask gałęzi, odgłosy zwierząt, czy innych stworzeń, które kryły się w gęstwinie. To nie były lasy, które przebywali do tej pory. Takie, w których nawet jeśli się zgubisz, prędzej, czy później trafisz na ludzką osadę, gdy bariera drzew się skończy twoim oczom ukaże się pole, czy wioska. Nie, te puszcze sprawiały wrażenie nieprzebytych stopą człowieka, zamieszkałych tylko przez zwierzęta i tajemnicze leśne stwory. Wydawało się, że świat na zewnątrz zniknął, skończył się, że dalej istnieje już tylko las.

Ale to nie była prawda. Nawet tutaj były ścieżki wydeptane przez ludzi, czy inne istoty. Były punkty orientacyjne, strumyk, wąwóz, głaz, które pozwalały podążać dalej szlakiem. Tranzig kilka razy skłamał, że zgubił drogę, nie może sobie przypomnieć jak iść dalej. Sztylet przystawiony do gardła bardzo szybko wracał mu pamięć. I tak wkraczali coraz dalej i dalej między drzewa. Coraz dalej w powódź zieloności, tajemniczych szmerów i szeptów.

Steele, mimo, że nerwy miała cały czas napięte, starała się wyczuć, czy ich przewodnik nie kłamie, czy przypadkiem nie prowadzi ich w zasadzkę nie mogła się napatrzeć na otaczający ją bór. Na twarzy Imoen też widział zachwyt. Viconia i Kagein na pewno zamiast przedzierać się między stuletnimi drzewami i wdychać świeże powietrze woleliby znaleźć się w ciemnym, zatęchłym lochu pod ziemią i liczyć złoto. Shar- Teel podobało się jedynie tam, gdzie mogła komuś dowalić. Tylko jeden z nich wydawał się czuć pewnie w tym gąszczu. Kivan.

Elf poruszał się po lesie jakby to był jego rodzinny dom, wydawało się, że wyczuwa z daleka zapachy i dźwięki jakie niosła ze sobą puszcza. Gdy usłyszeli trzask łamanych gałęzi pierwszy wiedział, czy przedzierają się jelenie, czy niedźwiedź. Znajdował ukryte leśne strumienie, po gwiazdach orientował się czy idą na północ, zachód, czy południe. Bez niego byłoby im na pewno o wiele trudniej poruszać się w powodzi drzew.

Steele nie znosiła siebie za mimowolny podziw dla Kivana. Nie znosiła tego, że zatrzymuje wzrok na jego ciemnych włosach, wystających kościach policzkowych, mocno zarysowanym podbródku. Na jego dłoniach, mięśniach ramion widocznych pod płaszczem i kaftanem. Na ciemnych oczach, które wydawały się być pozbawione emocji. Za każdym razem gdy się na tym przyłapywał odwracała wzrok. Tłumaczyła sobie w myślach, że to nic takiego, że jej przejdzie. Że sukinsyn jest przystojny, to normalne, że mu się przygląda. Nie zwierzyła się z tego nikomu, nawet Imoen. Zorientowała się co się z nią dzieje dopiero gdy wyruszyli z Beregost, wcześniej odsuwała tę świadomość od siebie. Ale czuła ją podskórnie, musiała ją czuć. Pewnie dlatego ciągle warczała na Kivana.

Oczywiście w Candlekeep w jej życiu byli najpierw chłopcy, potem mężczyźni. Synowie kowali, szewców, piekarzy. Były uśmiechy, pierwsze pocałunki, nieśmiałe macanki.

Ale Steele nigdy mocniej nie zabiło serce, nigdy nie myślała o żadnym z tych chłopaków poważnie. Zawsze powtarzała sobie, że wyjedzie z fortecy, nie skończy jako żona piekarza, szewca, czy kowala z szóstką dzieci. Chciała przeżyć coś niezwykłego, chciała, żeby facet na którego zwróci uwagę potrafił władać mieczem, ścinać głowy smokom, a nie tylko naprawiać buty. I wierzyła, że niech tylko wyrwie się z Candlekeep to będzie sobie znajdować kochanków, awanturników, drani, na szalone noce, a potem rano każde wstanie i pójdzie w swoją stronę.

Czy naprawdę do cholery pierwszym facetem, na którego zwróciła uwagę musiał być Kivan?

Czasem przewijał się przej jej sny, wkradał się tam nieproszony. Sny, po których musiała napić się zimnej wody i starała się nie patrzeć na Kivana śpiącego przy ognisku. Nie chciała, żeby wyczytał coś z jej twarzy.

To na co natknęli się na leśnej ścieżce wyrwało Steele z rozmyślań.

Ciała. Dwóch mężczyzn przeszytych strzałami, leżących twarzami do ziemi. Tranzig zamarzł patrząc na nich, chyba nigdy w życiu nie widział zabitego. Dostał ataku paniki.

– To na pewno robota ludzi Tazoka! Nie możemy iść dalej, zabiją nas! Zabiją! Puśćcie mnie, proszę puśćcie!

– Zamknij się. – Shar-Teel zrobiła ruch jakby chciała uderzyć go w twarz.

– Steele, powiedz, żeby się uciszył, bo obetnę mu język. – wtrąciła zimnym tonem Viconia.

– Obciąć ci coś innego, żebyś się zamknął?- dołączył Kagein.

Steele i Kivan pochylili się nad ciałami. Można by w to miejsce przysłać malarza, żeby uwiecznił subtelną grę świateł i cieni na liściach i pniach, delikatną mgiełkę unoszącą się w powietrzu. Tylko, że kompozycję psuły dwa trupy zagradzające ścieżkę.

– To Tazok! Zabiją nas!- uszy świdrował im głos Tranziga.

Kivan wyjął jedną ze strzał z ciała i obejrzał. Grot nie był odlany z metalu, ale wydawał się wystrugany z niezwykle twardego drewna. Lotki nie pochodziły z ptasich piór, ale zrobiono je z liści.

– Ucisz się. – usłyszała głos elfa. – To nie ludzie Tazoka, to broń driad.

Driady. Kolejne istoty, o których czytały razem z Imoen. Piękne strażniczki lasu, które potrafiły zarówno wskazać drogę zagubionym podróżnikom, jak i zabić myśliwych za naruszanie spokoju lasu. W księgach napisano, że ich śpiew potrafił zsyłać na ludzi, wizje, omamy, czy nawet szaleństwo.

Rozejrzeli się po sobie. Nagle coś zaszeleściło w gęstwinie. Kivan naciągnął łuk, Kagein i Shar- Teel złapali za broń. Imoen i Viconia przygotowały się do rzucenia czarów. Tranzig trzasł się cały i pocił.

Z gęstwiny krzaków wypadł na nich człowiek, w poszarpanej odzieży, ze śladami błota na ubraniu, twarzy, włosach.

– Pomocy, ratujcie… – wyjąkał. – One tu są, one tu są… Driady…

Imoen podtrzymała go, gdyby nie oparcie wątłego ciała dziewczyny pewnie by upadł.

– Co się stało?- zaczął Kivan. – Driady was zaatakowały?

– Porywały… porywały dzieci z wioski. – nie mógł złapać tchu. – Poszliśmy zrobić z nimi porządek… Usłyszeliśmy śpiew… a potem…

Nie był w stanie składnie powiedzieć nic więcej. Mamrotał coś o swojej wiosce.

– Jest tu gdzieś twoja wioska, tak? – dopytywała Imoen. – Umiesz tam trafić? Zaprowadzimy cię.

– Czemu mamy eskortować tego śmiecia? – warknęła Viconia. – Po co się narażać ?

– Właśnie, postradaliście zmysły?- zawodził Tranzig

Kivan pociągnął Steele za ramię. Nachylił się nad nią.

– Ten człowiek kłamie. – zaczął. – Driady nie porywają dzieci. I nie atakują bez powodu.

– Jeśli go tu zostawimy, zginie. – odparła elfka. – Tak jak tamci. – wskazała głową na ciała.

– Wiem.

– Mówi o wiosce, ale wątpię czy sam do niej trafi. Jeśli jest w pobliżu, potrafisz ją znaleźć?

– Poradzę sobie.

Trochę to trwało, przedzieranie się przez puszczę, drzewa i krzewy, błądzenie po leśnych wykrotach. Wieśniak mylił kierunki, ale Kivan wiedziony jakimś szóstym zmysłem potrafił znaleźć właściwą drogę wśród tych mętnych wskazówek. Elfka miała nadzieję, że w taki sam cudowny sposób wrócą w miejsce, w którym spotkali wieśniaka. Oczywiście Viconia, Shar-Teel i Kagein sarkali, że go odprowadzają. Miał na imię Roen. Zwykły chłopek z zabitej dechami wiochy z puszczy.

Czemu Steele zdecydowała się go eskortować? Wprawdzie czuła jak jej serce coraz bardziej twardnieje, w miarę jak coraz więcej czasu upłynęło od opuszczenia Candlekeep, ale wciąż nie potrafiła zostawić człowiek na pewną śmierć. Kto wie, to się jeszcze może zmienić.

W końcu ich oczom ukazał się wioska. Przycupnęła w leśnym wąwozie, jakby mieszkańcy bali się, że ktoś im ją ukradnie. Kilkanaście chałup, ogrodzonych palisadą, obok przepływający strumień. Przy niej takie miasta jak Beregost wydawały się światową metropolią. Mieszkańcy pewnie polowali, zbierali miód, może pędzili bimber. Ich niespodziewany towarzysz podróży przyśpieszył kroku, niemal wpadł na palisadę, walił w nią pięściami, żeby tylko znaleźć się w środku.

– Otwierajcie! To ja, Roen! Otwórzcie! – krzyczał.

Drzwi skrzypnęły, wyjrzała rozczochrana głowa, postaci obleczonej w skórę.

– Roen, myśleliśmy już że nie wrócisz, że te suki cię dopadły. Gdzie są…?

– Nie żyją…- wpadł tamtemu w słowo. Wskazał na Steele i jej towarzyszy. – Oni… oni mnie uratowali. Pewnie bym zdechł w lesie, albo te dziwki i mnie wykończyły.

Znaleźli się wewnątrz palisady. Brudne dzieci z umazanymi twarzami przyglądały się im, kobiety chowały się do domów, zapędzając tam swoje pociechy. Z chałup unosił się dym.

– My też im odpłaciliśmy. – zaczął wieśniak, który ich wpuścił. – Chłopcy wrócili z polowania, przynieśli… Nie będą już porywać naszych dzieci, nie będą… – jego dłoń wskazała plac, pewnie główne miejsce życia wioski.

Tuż nad ubitą ziemią nad placem, przywiązana do gałęzi drzewa kołysała się…

– Odetnijcie ją !- krzyknął Kivan. Wybiegł na środek placu, wyjął miecz i jednym ruchem przeciął sznur.

Wprost w jego ramiona opadła martwa driada.

Plątanina skołtunionych i ubłoconych włosów odsłoniła jej twarz. Nawet teraz, podziurawiona ranami, półnaga, bo tylko resztki odzieży wisiały na jej ciele wciąż była śliczna. Tak śliczna, że mimowolnie odwracało się wzrok, gdy spojrzało się na jej twarz, jakby to piękno mogło oślepić. Steele ogarnął gniew, na widok tego, co zrobiono leśnej istocie.

– Co wy zrobiliście!- wybuchnął Kivan. Trzymał kobiecą postać w ramionach. – Jak śmieliście!

Otoczył ich krąg ludzi. Niektórzy dzierżyli włócznie, inni łuki. To byłaby żadna walka, wyrżnąć paru chłopów. Chociaż strzała z chłopskiego łuku może przeszyć ciało tak samo dobrze, jak z broni najlepszych najemników.

– Przestańcie! – z okręgu wystąpił starszy mężczyzna, pewnie przywódca wioski.- Kim jesteście, czego tu chcecie?

– Uratowaliśmy jednego z waszych przed driadami. – zaczęła Steele. – Ale teraz widzę, że miały dobry powód, żeby go wykończyć. O co tu chodzi?

– Czemu jej to zrobiliście!- wybuchnęła Imoen. Steele pamiętała, że przyjaciółka zaczytywała się książkami o nimfach. Widywały je dotąd tylko na ilustracjach na kartach papieru. Okropnie było oglądać jedną z tych pięknych istot podziurawioną jak sito, skąpaną w zaschniętej krwi.

Mężczyzna westchnął.

– Nie wtrącajcie się. – powiedział.

– Bezcześcisz jej ciało i spodziewasz się, że driady zostawią was w spokoju? – Kivan wystąpił do przodu, ręce miał uwalane we krwi nimfy. – One nie porywają dzieci, to kłamstwo!

– Nasi ludzie to widzieli! – odparował gniewnie starzec. – Z wioski znikały dzieci. Widzieli, jak driada je porwała. Nasi mężczyźni poszli się z nimi rozprawić, zabili jedną.

– Za to straciliście dwóch swoich.- wycedził Kivan. – Ona należy do lasu, zabieram jej ciało!

Na gest przywódcy nagle w ich stronę wyciągnęły się dzidy i naprężyły łuki. Tranzig zasłonił twarz. Reszta drużyny trwała niewzruszona.

– Starcze… – nieoczekiwanie włączyła się do rozmowy Viconia. – Nie znam was, ani waszych zwyczajów, wiem, że driady są strażniczkami tego lasu. Co chcecie osiągnąć narażając się im?I co chcecie osiągnąć narażając się… nam? Pozwólcie nam zabrać ciało.

Opuścili wioskę odprowadzani murem gniewnych spojrzeń. Palisada zawarła się za nimi z trzaskiem.

– Czemu cię obchodzi ta martwa suka?- Shar – Teel zapytała Viconię, odgarniając pasmo jasnych włosów z twarzy.

– Wielu z ludzi na powierzchni też z chęcią zadźgałoby mnie i powiesiło za nogi na jakimś placu, żeby dzieci mogły rzucać we mnie śmieciami. – Viconia posłała jej złośliwy uśmiech.

Kivan niósł ciało driady. Miał zaciśnięte usta, ten sam beznamiętny wyra z oczu.

– Co chcesz zrobić? – Steele przyspieszyła kroku i zrównała się z elfem.

– Driady rodzą się z drzew i w nich umierają. – odparł. – Ta też na pewno miała swoje drzewo, ale nie znajdziemy go teraz. Trzeba ją oddać innemu. To będzie dobre. – wskazał głową na wysoką brzozę.

– I drzewo… zabierze jej ciało? – wtrąciła Imoen.

– Zobaczysz.

– Spotkałeś już driady prawda? – Steele uważnie przyglądała się towarzyszowi podróży.

– Tak. – cholera, czy on zawsze musi być taki rozmowny.

Przystanęli przy drzewie. Rosło na szczycie wąwozu, na suchej ziemi w miejscu, gdzie las się przerzedzał. Na dole widać było piaszczyste zbocza i kamieniste dno parowu. Ziemię porastała sucha trawa, wszędzie rozpościerały się brzozy i kruche krzewy.

– Driady, strażniczki lasu, przepraszamy was za to co się stało… – zaczął elf. – Przyjmijcie ciało swojej towarzyszki i nie wywierajcie zemsty na tych, którzy to zrobili. – delikatnie położył nimfę obok pnia.

Przez chwilę nic się nie działo. Nagle białe korzenie brzozy w niewytłumaczalny sposób podniosły się do góry i otoczyły driadę. Pień rozstąpił się, tworząc coś w rodzaju drzwi, a korzenie wciągały jej ciało do wewnątrz. Zaczęła znikać między słojami drewna. I wtedy…

Otworzyła oczy. Zacisnęła dłoń na przegubie Kivana wciągając go razem ze sobą.

– Kivan!

Steele złapała elfa za rękę. Na oczach pozostałych członków drużyny cała trójka zniknęła wewnątrz drzewa.

Imoen dopadła do pnia, jakby chciała wydrzeć z niego przyjaciółkę.

Na polanie zaczął rozbrzmiewać śpiew.

Shar- Teel, Tranzig i Kagein pobiegli za śpiewem, w amoku, nie patrząc na to co dzieje się dookoła. Imoen też chciała biec, śpiew obiecywał jej piękne miejsca i wspaniałe przygody, wabił, kusił, nęcił. Ale ktoś przewrócił ją na ziemię, czyjeś ręce zatkały jej uszy.

– Nie słuchaj tego!- w melodię śpiewu wdarł się krzyk. – Nie słuchaj tego!

Świadomość Imoen walczyła z tym co podsuwał jej głos. Piękne miejsca, wspaniałe przygody… Nie! Steele, musi ratować Steele! Gorion, jej ojciec, tam jest Gorion!Musi tam iść, musi iść za śpiewem…

– Nie słuchaj!- poznała ten głos, to Viconia.

Krasnolud, wojowniczka i szpieg Tazoka zniknęli w gęstwinie drzew. Viconia trzymała Imoen i zatykała jej uszy dopóki śpiew nie ustał.

Rozdział 9

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

Nikt w Beregoście nie znał Tranziga. Przynajmniej nikt nie chciał się do tego przyznać.

Pytali w oberżach, oberżyści i kelnerki kręcili głowami, nawet przygodni klienci nie pamiętali nikogo o takim imieniu. Jakby zapadł się pod ziemię.

Musiał dobrze posmarować.

Co im zostało? Wypytywać ludzi na ulicy? Jeśli Tranzig zapłacił za to, żeby być niewidzialny, to na pewno zapłacił też żeby poinformowano go, że rozpytuje o niego banda nieznanych awanturników.

I wtedy zjawił się ten dzieciak z gildii złodziei.

Gildie miały szerokie wpływy i pomysł Imoen, żeby wykorzystać chłopca do zdobycia informacji miał sens. Tylko co mieliby robić złodzieje z Wrót Baldura w takiej dziurze jak Beregost? Steele miała wątpliwości. Może chłopak zmyślał.

Lepiej dla niego, żeby tak nie było.

Renlav przechadzał się nerwowo po izbie.

Stracił dzieciaka z oczu, widział jak wpadł podczas próby kradzieży i zaczął uciekać. Zniknął w jednym z zaułków. Nie zdążył mu pomóc. Cholerny szczeniak, mówił mu, żeby się nie popisywał. Nie wiedział, co złościło go bardziej. To, że Coal wpadł, czy, że pozwolił mu na próbę kradzieży. Miał zbyt dużą słabość do tego gówniarza.

Renlav rozważał co mogło się stać. Mogli zaprowadzić małego do koszar i tam wymierzyć mu sprawiedliwość, mogli zawlec go do jednej z oberż, gdzie stacjonują żołnierze Płomiennej Pięści, w końcu mogli ukarać go sami. To sprowadzało się zazwyczaj do obcięcia palców. Albo reki.

Mogli wreszcie nabrać się na jego wielkie zapłakane oczy i wypuścić gnojka. Ale to było najmniej prawdopodobne.

Rozejrzał się, ten zatęchły strych, na poddaszu był ich kryjówką, odkąd razem z Colaem przybyli do miasta. Renlav wybrał go, bo można się było bez problemu tu ukryć, nie przyciągając niepotrzebnej uwagi. Dom znajdował się w mało uczęszczanej części miasta, a jego mieszkańcy jakiś czas temu stwierdzili, że znaleźli lepsze miejsce do życia. Renlav wolał nie wynajmować pokoju w gospodzie, w oberży zawsze mógł trafić na znajomą twarz. Na kogoś, kto chciałby wbić mu nóż w brzuch, za kradzież byle błyskotki.

Szukać dzieciaka czy dać sobie spokój?

Pewnie już go wydał, naściemniał że wujek zmusza go do kradzieży i zaraz wedrą się tu żołnierze. Renlav westchnął. Zabrał fanty ukryte w bezpiecznym miejscu za stertą desek. Beregost może i było dziurą, ale nawet tutaj udawało się im obłowić.

Gdyby gówniarzowi udało się uciec, już by wrócił.

Podszedł do drzwi. Usłyszał hałas na schodach i rzucił się do okna. W powietrzu zabrzmiały wypowiadane słowa inwokacji i nagle miejsce w którym stał, podłoga, deski, parapet i okno pokryły się glutowatą substancją przypominającą pajęczynę. Utknął w niej. Szarpał się, ale bezskutecznie. Odwrócił głowę w stronę wejścia.

Renlava wychowała ulica, może i był sukinsynem, ale miał jakieś ludzkie uczucia. Dlatego mimowolnie ucieszył się, widząc w drzwiach twarz Coala.

Mniej się ucieszył, widząc obnażony miecz w ręce dziewczyny, która stała tuż za chłopcem.

– Spokojnie. – zaczęła Steele unosząc ręce do góry, w pojednawczym geście. – Przyszliśmy… porozmawiać.

– Kogo tu sprowadziłeś, gówniarzu? – warknął.

– To Renlav, mój mistrz. – powiedział chłopak z wyraźną dumą, wskazując na złodzieja. Nawet jeśli mistrz w tym momencie tkwił w magicznej pajęczynie, wpadł jak śliwka w gówno.

– Należysz do gildii złodziei? – zapytała Imoen. Na twarzy mężczyzny pojawił się złośliwy uśmiech.

– Jeśli tak, to co? – wychodził już z większych gówien. Sprowadzili tutaj dzieciaka, nie obcięli mu po drodze ręki, czy głowy, więc da się z nimi dogadać. Tylko spokojnie. Grupka śmiałków trzymała się od niego na bezpieczną odległość, żeby nie uwięznąć w galaretowatej mazi, tak jak on. Jeden z nich, zakapturzony elf o ponurym wyrazie twarzy wyjął łuk, naciągnął strzałę i spokojnie w niego mierzył.

Na pewno nie miałby żadnego problemu z trafieniem.

– Potrzebujemy informacji… – zaczęła Steele. – Powiedz nam, co wiesz, a my puścimy chłopca.

Czemu myślicie, że zależy mi na tym smarku? – informacji? Próbował ich rozgryźć. Niezły zestaw. Ciemnowłosa elfka, o nieprzeniknionym wyrazie twarzy, rudowłosa magiczka, układające dłonie do inwokacji, żeby porazić go kulą ognia, czy innym cholerstwem. Drowka, przyglądająca mu się z ironicznym uśmiechem, krasnolud obserwujący to wszystko z widocznym znudzeniem, wojowniczka, z morderczymi błyskami w oczach, która na pewno z radością obcięła by mu głowę. I ten zakapturzony łucznik. Wyglądali na zwykłych awanturników. Miał już do czynienia z gorszymi.

– Chcesz zobaczyć, jak obcinamy mu palce? – zapytała drowka. Złapała Coala za rękę, chłopak zaczął się wyrywać w panice.

– Obiecałaś!- krzyknął. – Obiecałaś, że nic mi nie zrobią!

– Viconia, daj spokój. – machnęła ręką Steele. Chłopak uwolnił się z uścisku mrocznej elfki i wpadł w ramiona Imoen.

– Już dobrze, nic ci nie grozi. – powtarzała rudowłosa, głaszcząc go po głowie. Przylgnął do niej jak wystraszone zwierzątko.

– Nie czas na pokazywanie, jakim jesteś wielkim sukinsynem. – zaczęła Steele. – Trenowałeś chłopaka, co ci się bardziej opłaci, jak będzie cały i zdrowy, czy jak zostanie bez ręki? Daj spokój.

No dobrze. Wygrali. Przywiązał się do tego gówniarza. Cholera, musiał się zestarzeć.

– Co chcecie wiedzieć? – burknął.

– Szukamy kogoś. – zaczęła elfka. – Mężczyzny imieniem Tranzig. Podobno pojawia się czasem w mieście.

– Tranzig?- uśmiechnął się Renlav.

Tranzig wyciągnął się wygodnie. Balia była pełna gorącej wody. Przyjemnie było zmyć z siebie brud podróży. Oparł głowę na krawędzi balii i zamknął oczy.

– Jest dość ciepła, kochanie? – Maen stała nad nim z garncem wrzątku. Wyglądała pięknie, mokra koszula lepił jej się do piersi.

– Jest w porządku. Może też wskoczysz? – uśmiechnął się.

– Głuptasie, muszę przygotować kolację. – zniknęła za drzwiami. Była dziś dla niego wyjątkowo miła. Pewnie dzięki pięknemu pierścionkowi z opalem, który jej podarował. Zresztą, co za różnica.

– Wyjeżdżam jutro! – krzyknął, żeby usłyszała go w kuchni.

– Na długo?

– Parę tygodni. Interesy… – odparł wymijająco. – I tak tym razem byłem tu długo.

– Za krótko. – objęła jego ramiona i przytuliła się. Poczuł zapach jej włosów.

Bogowie, człowiekowi na prawdę wystarczy niewiele do szczęścia, jedzenie, ciepłe miejsce do spania i kobieta przy boku.

Było ich kilku, wpadli do mieszkania Maen, Tranzig chciał uciekać, ale wyciągnęli go nagiego z balii i rzucili na podłogę. Upadł twarzą na klepisko. Maen krzyczała w panice, któryś z napastników, krasnolud przytknął jej topór do gardła. Wtedy zamilkła i tylko łkała cicho. Wszystko stało się tak szybko.

Tranzig leżał na klepisku, nagi, upokorzony, przerażony. Nie wiedział kim chcą, ani czego chcą. Podniósł głowę, spojrzał na napastników. Jeden z nich, elf, podszedł do niego i przyłożył mu miecz do szyi. Patrzył na niego oczami bez wyrazu.

– Gdzie jest Tazok? – zapytał.

Tranzig nie był bohaterem. Na początku się opierał, nie chciał mówić, ale kiedy Steele zagroziła, że zabije dziewczynę szybko rozwiązał mu się język. Przysięgał, że ona nic nie wie.

Opowiadał o kopalni, o tym, jak koboldy zatruwały rudę. On miał skupować najlepsze żelazo i broń jakie znalazł na Wybrzeżu. Podbijał ceny. Na rynku zostawały same śmieci, miecze, które pękały na kawałki przy mocniejszym uderzeniu, groty, które nie wbijały się w cel. Lepsza broń i nie skażone żelazo trafiały do Tazoka. Pieniądze na kupno płynęły szerokim strumieniem. Tranzig nigdy nie zapytał skąd zleceniodawca ma tyle złota. Do całej roboty wynajął go jakiś szmugler, przydupas Tazoka spotkany parę miesięcy temu w Beregoście. Pieniądze wpadały też szerokim strumieniem do kieszeni Trazniga, więc nie zadawał niepotrzebnych pytań. Po co Tazokowi broń i żelazo? Po co zatruwano kopalnie? Może półork chciał po prostu skorzystać na kryzysie. A może sam go wywołał. I tak wszystko zmierzał do najprostszego pytania.

– Gdzie jest Tazok?- nagi, bezbronny mężczyzna, leżący na podłodze budził w Steele politowanie. Nie był najmłodszy, między nim a dziewczyną pewnie było ze dwadzieścia lat różnicy. Łatwo można było dostrzec jak niekorzystnie obszedł się z nim czas. Obwisły brzuch, podwójny podbródek, poszerzająca się łysina. Oddychał ciężko, strach o własne życie, o karę z rąk Tazoka walczył w nim z przywiązaniem do dziewczyny.

– Nie, nie mogę powiedzieć… zabiją mnie, jak się dowiedzą, że ich wydałem. – jąkał się w panice.

– Steele ponownie przyłożyła dziewczynie sztylet do gardła.

– Wybieraj. – powiedziała zimno.

Kivan posłał Steele nienawistne spojrzenie, ale nic nie powiedział. Viconia spojrzała na nią z uznaniem. Jasne, elf nie chciał brudzić sobie rąk, ale chętnie skorzysta z informacji, gdzie jest Tazok. Hipokryta.

– Jest… jest w lasach na północy, rozbili obóz, ze swoimi ludźmi.

– Świetnie. Zaprowadzisz nas tam. – elfka puściła dziewczynę i schowała sztylet. Kochanka Tranziga osunęła się na kolana szlochając histerycznie.

– Co? Zwariowałaś? Zabiją nas, zabiją mnie… – bełkotał.

– To na pewno dobry pomysł?- zapytała Viconia. – Co, jeśli ten tchórz nas zdradzi?

– Jak zabierzemy go ze sobą , będziemy go mieli na oku. Jeśli tu zostanie na pewno doniesie Tazokowi.

– Nie, nic mu nie powiem, przysięgam!

– Ubieraj się. – rzuciła Steele. – Zaraz wyruszamy.

Tranzig przekonywał, prosił, ale nic nie wskórał. Kazano mu się ubrać i zabrać dobytek. Dziewczyna łkała w kącie. Nieporadnie ją przytulił. Wyszli na zewnątrz, była już noc.

– Nie wystaw nas, a nie spotka cię krzywda. – zapewniła Steele. – Masz tylko nas tam zaprowadzić. Potem możesz wracać. I tak nie będziesz już miał pracodawcy.

Steele wiedziała, że Gorion potępiłby jej postępowanie, widział, że Imoen przygląda jej się z zaniepokojeniem, a Kivan nie powiedział nawet słowa, mimo, że to przecież o jego zemstę chodziło. Oczywiście nie chciała zabić dziewczyny, tak samo jak nie chciała obciąć małemu złodziejowi palców. Ale im dłużej była poza murami Candlekeep, tym bardziej widziała, jak skutecznie ludzi popycha do działania strach. Najczęściej o własne życie, czasem też o cudze.

– Uważaj! – krzyk rozbrzmiał w powietrzu, obok niej, w drewnianą krokiew wbił się nóż do rzucania. Z ciemności wyskoczyły sylwetki, nagle zaroiło się od wrogów, rzucili się na nią.

– Trzymajcie Tranziga! – krzyknęła.

To ona byłą celem, miecze, noże godziły w nią, któryś z napastników drasnął ją w bok. Steele uchyliła się, noże do rzucania zamiast trafić w nią utkwiły w ciele jednego z wrogów. Następny skończył z jej sztyletem wbitym w kark. Strzały posłane przez Kivana powaliły dwóch kolejnych.

To byli zawodowcy. Zaklęcie Imoen, które powinno sprowadzić na nich magiczny sen nie zadziałało. Shar- Teel mocowała się z o dwa razy większym od siebie zbrojnym, Kagein trzymał wyrywającego się Tranziga. Steele zwarła miecz z zabójcą, szybszym i silniejszym od niej. Z trudem odbijała jego ciosy. W końcu ręce jej osłabną i on trafi. Nie zdołała sparować kolejnego uderzenia, ale miecz tamtego zamiast utkwić w jej ciele ze zgrzytem uderzył o inne ostrze. Starszy mężczyzna, o twarzy poznaczonej bliznami wyrósł przy niej jak spod ziemi, odparował cios, a po chwili przeciwnik skończył z poderżniętym gardłem.

– Renlav!

– Chciałem zobaczyć jak sobie radzicie. – złodziej uśmiechnął się krzywo.

Nagle powietrze wokół przeciwników wypełniły kłęby żółtego, gryzącego dymu. Renlav pociągnął ja za rękę i wyprowadził z oparów. Reszta drużyny też się cofnęła. Steele dostrzegła małą sylwetkę Coala przemykającą się gdzieś pośród domów. Chłopiec zamachnął się jeszcze raz i dym znowu się pojawił. Słyszała odgłosy kaszlu, charczenie, walkę o łyk powietrza.

Nie mogli zmarnować takiej szansy. Strzały Kivana trafiały w kolejnych zbrojnych, bezbłędnie w odsłonięte miejsca, jak głowa, czy szyja. Szkieletom przywołanym przez Viconię było wszystko jedno, mogli walczyć w trującym pyle. Po chwili ziemia była usiana ciałami pokonanych. Renlav nachylił się i obszukał jednego z nich.

– To chyba o tobie. – rzucił, wręczając jej świstek papieru.

– Nagroda, za jej głowę. Znowu. Podnieśli stawkę do pięciuset dukatów.

– Dzięki…- zaczęła wpatrując się w złodzieja. – Dlaczego, właściwie dlaczego nam pomogliście? Dałeś nam namiar na dom, myślałam…

– Mówiłem… – uśmiechnął się. – Chciałem zobaczyć, czy sobie poradzicie. Poza tym byłem ciekaw, czy rzeczywiście traficie na sławnego Tranziga. – spojrzał na pojmanego, trzęsącego się w panice. – Do cholery, bądź mężczyzną. – rzucił. – Zaraz zlejesz się w gacie.

Podzielili się łupami z dwójką złodziei. Nic wielkiego, broń, błyskotki, nic co mogłoby wskazywać, kto wynajął już martwych przeciwników.

– Czas stąd spadać. – zaczął Renlav. – Zanim zbiegną się tu straże i zaczną dochodzenie kto komu i za co wypruł flaki. Mam przeczucie, ze jeszcze się spotkamy.

– Uważaj na siebie mały. – Imoen nachyliła się nad Coalem i pogłaskała go po niesfornych jasnych włosach.

– Ty na siebie uważaj. – odparował chłopak. Zanim rudowłosa zdążyła cokolwiek zrobić pocałował ją prosto w usta. Viconia wybuchnęła śmiechem.

– To twój nowy ukochany? Co chcesz z nim robić? – zaśmiała się złośliwie drowka.

– Coal!- krzyknęła Imoen, czerwieniąc się. – Co ty wyprawiasz, jesteś jeszcze dzieckiem!

– Mam już czternaście lat. – powiedział, mierząc ją bezczelnym spojrzeniem. – Znam się na tym lepiej, niż te pedały,z którymi podróżujesz.

– Uważaj na słowa gnojku. – warknął Kagein.

– Przepraszam za niego. – uśmiechnął się Renlav. – Coal, idziemy. Steele, powodzenia, w znalezieniu tego, czego szukasz. Cokolwiek to jest.

– Renlav!- krzyknęła za nim elfka.

– Tak?

– Co złodziej z gildii z Wrót Baldura robi w takiej dziurze jak Beregost?

– Interesy, skarbie, interesy.

Wyruszyli w drogę, wkrótce Beregost zniknął w ciemności, a przed nimi otworzył się trakt, prowadząc ich w pustkowia, łąki, skały i rzadkie lasy. Maszerowali całą noc i następny dzień. Dopiero, gdy pod wieczór Tranzig prawie zasłabł Steele zarządziła postój.

Spali na zmianę. Kivan pełnił wartę, ale wcale nie chciała zasnąć. Nasłuchiwała. Czy nie zbliża się pościg, czy Tazok nie dowiedział się, że porwali jego kontakt w Beregoście i wysłał kogoś za nimi w pościg? Wpatrywała się w płomień ogniska. Nagle świat przed jej oczami zaczął się rozmazywać, rzeczywistość, zaczęła się mieszać ze wspomnieniami. Zasnęła.

Znowu przeniosła się w miejsce gdzie zostały stłoczone dziecięce ciała. Ale teraz nie panowało tam przenikliwe zimno. Było gorąco. Płomienie trawiły po kolei fragmenty świata zgromadzonych dzieci. Małe ciała miotały się w panice. Chciała uciec. Oboje próbowali, ona i chłopak, który się nią opiekował. Ale czyjeś ręce porwały ją, szarpiącą się, przerażoną. Widział jak twarz chłopaka oddala się coraz bardziej, za kłębowiskiem ciał i płomieni. Gdzieś w oddali słyszała głos przerażonej kilkuletniej dziewczynki. Swój głos.

– Puśćcie mnie! Puśćcie mnie!

Twarz chłopca rozmazała się w kłębach płomieni i dymu. Steele obudziła się zlana potem. Utkwiła wzrok w ognisku, nie pamiętając kim jest i gdzie się znajduje. Z oddali dobiegł do niej głos.

– Zły sen? – ktoś powtórzył kilka razy. – Zły sen?

Spojrzała tępo, Kivan pełniący wartę przyglądał się jej. Siedział przy ognisku, otulony w płaszcz, kaptur naciągnął niemal na oczy. To z jego ust dobiegały te słowa.

– Zły sen?

– Tak… chyba tak. – zacisnęła palce na skroniach. Chciała wstać, sięgnąć po wodę, ale zatoczyła się. Kivan ją podtrzymał.

– Ostrożnie. – powiedział sadzając ją z powrotem przy ogniu. Podał jej wody ze swojego bukłaka i otulił płaszczem. Steele mimowolnie położyła głowę na jego ramieniu, ale zaraz odsunęła się speszona .

Oboje siedzieli przy ognisku reszta drużyny spała. Ciszę przerywał trzask drewna trawionego ogniem, odgłosy lasu. Oboje nie odezwali się ani słowem. W końcu Steele zasnęła.